Prasa - Brochów na przestrzeni wieków

Idź do spisu treści

Menu główne:

Prasa

Archiwalia

W tej części strony publikowane będą artykuły związane z Brockau i Brochowem. O różnej treści z zachowaniem oryginalnej pisowni jeżeli chodzi o prasę przedwojenną, gdy będzie cytowana.











Wycinki z prasy dotyczące szkoły, wpłaty przez Winklera oraz nauczycieli w Brockau.

Tygodnik Katolik z 31 sierpnia 1876 roku (wydawane w Mikołowie) zamieściło odezwę frakcji Centrum w pruskiej izbie parlamentarnej w związku ze zbliżającymi sie wyborami, która zaczynała się słowami Wyborcy Szląska ... wśród sygnatariuszy odezwy był m.in Walter dziedzic z Brockau.

         



Tygodnik Katolik z 25 marca 1892
roku (wydawane w Katowicach) zamieściło ogłoszenie o poszukiwaniu tęgich robotników ziemnych - stałe zajęcie na dworcu do ranżerowania w Brockau. Najbliższa stacyja kolejowa Kattern przy Wrocławiu.




Gazeta Goniec Wielkopolski z 4 pażdziernika 1900 r. informowała o tragedii w Broackau.




Gazeta Postęp z 23 kwietnia 1902 r. (wydawana w Poznaniu) informuje z Wrocławia, że  ... po południu na przemieściu Brockau żeglarz nadpowietrzny Weinrich z Wrocławia puścił się balonem...



Bote - Sobota, 10 lipca 1909
Wrocław (Breslau). Śmierć na szynach. Zamieszkała w Brochowie (Brockau) 77-letnia wdowa Pauline Gniechwitz rzuciła się pod pociąg. Poniosła śmierć na miejscu. Pociąg osobowy, pod który się rzuciła, jechał od strony Wrocławia. Jej ciało leżało przez długi czas na torowisku. Przyczyny jej desperackiego czynu są nieznane.
http://www.oborniki-slaskie.pl/historia_opracowanie/bote_lipiec_1909.htm

Bote - Środa, 30 czerwca 1909 Oborniki (Obernigk). Dzień przedmieść obchodzono tu pod kierownictwem pana przewodniczącego dra Dierschke z Brochowa (Brockau). Pojawili się przedstawiciele władz wojewódzkich. Architekt Henry miał wykład o środkach zaradczych przeciwko wykroczeniom na przedmieściach. Mówca zalecał przyjęcie stosownego statutu miejscowości. Miałyby być nim objęte domy oraz drzewa. Wypowiedział się przeciwko kolorowym dachom z figurami i napisami.
http://www.oborniki-slaskie.pl/historia_opracowanie/bote_czerwiec_1909.htm

Bote -
Środa 1 czerwca 1910 Oborniki (Obernigk). Pierwszy Zjazd Straży Pożarnych Powiatu Trzebnickiego odbył się w niedzielę, 29. maja 1910 roku w Obornikach. Wiele osób przyczyniło się do tego, aby zjazd ten przyniósł chlubę Ochotniczej Straży Pożarnej w Obornikach.... Z kolei głos zabrał starosta von Scheliha z Trzebnicy podkreślając swoje zainteresowanie dobrym prosperowaniem ochotniczych straży pożarnych i zapewnił wszystkich strażaków o swojej daleko idącej pomocy. Z kolei wybrano dwie osoby do obsady jednostki w Brochowie (Brockau). Na rewizorów wybrano dwóch panów z powiatu trzebnickiego, Scholza i Goldbacha. Starosta von Scheliha zalecił ubezpieczenie się strażaków od odpowiedzialności cywilnej. Podanie złożone zostanie na zjeździe okręgowym. Na wniosek pana Bluschke zaproponowano, żeby w przyszłości w Trzebnicy byli kształceni strażacy. Z kolei omówiono kłopoty, jakie ma jednostka straży w Psarach (Hünern)....... O godzinie wpół do piątej przestało padać i rozpoczął się koncert Rawickiej Orkiestry Wojskowej. Na zjeździe obecne były m. in. jednostki z Wrocławia (Breslau), Brochowa (Brockau), Wołowa (Wohlau), Prusic (Prausnitz), Urazu (Auras), Rościsławic (Riemberg), Psar (Hünern), Żmigrodu (Trachenberg), Strupiny (Stroppen), Trzebnicy i Obornik....(skróty tekstu - autor strony).

http://strona-archiwalna.oborniki-slaskie.pl/historia_opracowanie/bote_czerwiec_1910.htm


Gazeta Górnoślazak nr 130 z 29 pażdziernika 1910 roku informowało o wypadku w miejscowości Dobrzyń, w którym szafner (konduktor) Kluge z Przodkowa (Brockau) nieszczęsliwie ześlizgnął się ze stopnia i wpadł pod koła wagonu, które obie nogi ujechały. Kluge wkrótce umarł i został odstawiony do trupiarni w Opolu.



Pismo Katolik nr 64 z 1911 roku informowało o oszuście, który miał być zastępcą kierownika firmy Bansch z Brockau na Dolnym Śląsku, który odwiedza gospodarzy w Ujezdzie pow. strzelecki i kasuje rachunki za dostarczone rolnikom drzewka owocowe. Donoszą nam, że człowiek ten poszkodował wielu łatwowiernych gospodarzy.

Artykuł dr. Otto Fiecka zamieszczony w prasie niemieckiej dotyczący starego Brockau



Bote  - lipiec 1914 r. Oborniki (Obernigk). 13 czerwca 1914: Wizyta chóru z Wrocławia. Chór kościelny z wrocławskiego Brochowa (Brockau) w liczbie 80 osób (mężczyzn i kobiet) odwiedził w niedzielę Oborniki spędzając cały dzień w lesie bukowym w rejonie „Syreny” (Sitten). Podczas spotkania panował odświętny nastrój, tym bardziej że sprzyjała też pogoda. Czas spędzono na spacerach po lesie przy wtórze wesołych śpiewów, na zabawach oraz przy suto zastawionym stole w Domu Zdrojowym. Wszystkim szczególnie spodobała się jego duża sala wyłożona nowym parkietem, zwłaszcza że bardzo dużo na nim tańczono. Perspektywa powrotu na dworzec spotkała się z ogólną niechęcią przyjezdnych.
Posłaniec („Bote" )Rocznik 21, nr 44-50, 52, lipiec 1914

http://www.oborniki-slaskie.pl/page/pos%C5%82aniec-bote-czerwiec-1914

Gazeta Postęp z 7 marca 1915 r.
(wydawana w Poznaniu) informuje pt. Przeszkodzony zamach kolejowy o podłożonych na torach podkładach kolejowych.



Kuryer Śląski z 28 kwietnia 1917 roku w numerze 94 informował o kradzieży świń. W Brockau skradziono z dworu tutejszego 42 świnie. Złodzieje zabili wieprze na miejscu i odwieżli je tak zręcznie, że nie pozostało po nich żadnego śladu.



Der Weisse Adler z 20 lutego 1920 r. w  nr 14 informowała o potwierdzeniu, że w armii francuskiej walczyli Polacy. Fakt ten potwierdził m.in
Bahnpolizeibeamter z Brockau, który widział 3-5 żołnierzy francuskich, którzy porozumiewali się po polsku.




Gazeta Robotnicza z  30 pażdziernika 1924 r. w numerze 250 informuje o zajściach w Brockau na przedmieściu Wrocławia.





Kalendarz Oppelner Heimat Kalendar z 1931 na stronie 183 zamieścił reklamę linii autobusowej z Opola do Brochowa.




Gazeta Urzędowa WOJEWÓDZTWA ŚLĄSKIEGO Nr 7.  z 28 lutego 1938 Katowice Str. 7
II. III. 1184/37.

Zezwolenie na zmianę nazwiska.
Minister Sprawiedliwości postanowieniem z dnia 19 stycznia 1938 r W myśl rozporządzenia z dnia 3 listopada 1919 r. (Zbiór ustaw pruskich str. 177) na wniosek ojca i ustawowego zastępcy obywatela polskiego Walentego Karmańskiego, zezwolił synowi jego nieletniemu Sylwestrowi Józefowi Karmeinsky'mu, pochodzącemu z małżeństwa z Emą Keller, urodzonemu dnia 25 grudnia 1917 r. w miejscowości Brockau pow. wrocławskiego (Breslau Niemcy) na zmianę dotychczasowego nazwiska rodowego "Karmeinsky" na "Karmański". 432/p
Sąd Grodzki w Lublińcu.

Dziennik Dolnośląski z 5 marca 1991 r. informował o zagubionych rakietach a 7 marca 1991 o zatrzymaniu sprawcy kradzieży.


     



Brockauer Anzeiger 1904


Brockauer Anzeiger z 1904 roku jest nastarszym dostępnym rocznikiem tej gazety w Bibliotece Uniwersytetu Wrocławskiego. Gazeta wydawana była od 1899 roku do 1914 roku. Wydawcą i redaktorem tej gazety był Oscar Seidel.

W 1904 roku zmieniła się winieta Brockauer Anzeiger, która początkowo była następująca:



od 11 września 1904 r. zmianie uległa grafika winiety oraz pokazały się informacje o redaktorze, druku i wydawnictwie Oscara Seidla.



Układ gazety był następujący pierwsza strona wiadomości lokalne np. w 1904 były zamieszczone informacje o wizycie starosty powiatowego, o produkcji gazu w gazowni brochowskiej, odbytych balach, o loterii pństwowej, informacje o mszach w kościołach, godzinach pracy poczty, o deratyzacji, godzinach odjazdu pociągów czy prywatnym detektywie itd., strony druga i trzecia to aktualne informacje ze świata a strona ostatnia to reklamy, zawiadomienia, podziękowania, nekrologi oraz jedno zawiadomieniu o poszukiwaniu pracownika do gazowoni.

Poniżej kilka reklam zamieszczonych w Brockauer Anzeiger w roku 1904. pierwsza z adresem wydawnictwa Gartenstr. 8 (obecna Mościckiego) oraz dwie reklamy lokalu gastronomocznego (przedsiębiorstwa rekreacyjnego) znanego jako lokal Bauma ( znajdował się na rogu obecnej Wiaduktowej i Centralnej).

        

wszystkie najbardziej znane "etablissementy" w Brockau często zamieszczały ogłoszenia w gazecie, a były nimi:

  


Genossenschafts - Gasthaus - lokal mieścił się Grosse Kolonienstr. 4 ( obecna Chińska), drugie ogłoszenie o wielkim koncercie dot. lokalu tzw. Bauma a ostatnie dotyczy Piszczalka`s Etablissement to poźniejszy Deutsche Kaiser - lokal mieścił się przy Hauptsr. 12 (obecnie Centralna).

Bardzo często w gazecie ukazywały się ogłoszenia przyprawy do zup Maggi:

   

 
 


inne reklamy umieszczone w gazecie np. prywatnego detektywa, lekarzy weterynarii, fryzjera, zebrania spółki Brockauer Bau & Spar-Verein czy życzenia noworoczne wydawcy gazety:

     

 
  

  


   

 


     




Artykuł ze stycznia 1914 r. przedstawiający wybudowany w Brockau kościół katolicki.





Zamieszczona została reklama leku Fregalin( wg. reklamy to środek odradzający krew i wzmacniający nerwy)  o której wypowiada się m.in mieszkaniec Brockau Franz Rotzak w następujących słowach cyt. " Już od roku cierpiałem na bóle w krzyżu. Po zużyciu 9-ciu pudełek Fregalinu czuje się tak świeży i zdrów jak ryba. Dawniej z lewdościa wlokłem nogi za sobą tak, że czułem się stale zmęczony. Teraz biegam przez cały dzień. Jestem rad, że mi Fregalin tak pomógł. Franz Rotzak "


Świebodzice dzieje miasta nr 1 (110) z 2007 r.


W  rozgrywkach  związku  w  sezonie  1916/17 dwie  drużyny  „Silesii”  rozegrały  w  okresie  wielkanocnym  dwa  mecze  z  dwiema  drużynami  wrocławskich „Prusaków”. Także zgodnie z życzeniem drużyny  z  Warmbrunn  miał  być  rozegrany  mecz,  jednak czy do tego doszło nie wynika z posiadanych dokumentów. Oprócz tego w sierpniu „Hertha” Wrocław rozegrała   w   Świebodzicach   gościnnie   mecz   z „Silesią”. I ta impreza była niestety ostatnią w bieżącym roku.
W czerwcu załoga związku znów liczyła tylko minimum zawodników, ponieważ utrzymanie drużyn piłki nożnej stało się bardzo kosztowne. Piłek do gry prawie nie było, ponieważ ceny np. skórzanej powłoki kształtowały się w granicach 40-50 marek, a wewnętrznej  dętki  28  marek.  Tylko  dwa  większe  spotkania  były  możliwe  w  tym  roku  do  zrealizowania.
„Burza” Brockau była w Świebodzicach gościnnie w lipcu  i  „Merkury”  Dzierżoniów  w  sierpniu.  Po  zakończeniu wojny, w marcu 1919 roku zwołano rejonowy zjazd w Legnicy, gdzie ustalono wytyczne do dalszej prawidłowej działalności ruchu piłkarskiego.
Świebodzicki związek zarejestrował dwie drużyny w okręgu świdnickim. Ze sprawozdań dostępnych nam z tego okresu wynika, że na pierwszym zgromadzeniu  klubu  w  styczniu  obecnych  było  30  członków.
Ze  związku  do  służby  wojskowej  w  czasie  wojny powołanych było 76 członków, z których 13 poległo na polu chwały. Po to, by imiona ich zostały zachowane dla potomności, w sali klubu ustawiono tablicę pamiątkową,  której  koszty  zostały  pokryte  z  dobrowolnych datków. I teraz z ogromnym poświęceniem przystąpiono  do  odbudowy  związku,  którego  strona finansowa  w  tym  momencie  była  bardzo  słabiutka.


Wolna droga 12 (412) czerwiec 2005  


Nic w wagonie nie informowało o tym, że Straż Kolei Państwowych (SKP), bo tak się wówczas nazywała dzisiejsza SOK, powstała 21 marca 1945 roku, że pierwszym komendantem jej był tu Roman Kamizela, który między innymi, organizował np. w Brochowie czynną obronę mienia kolejowego, ładunków i taboru. Tak, tak, taboru również, bo Ruscy przestawiali wagony z ładunkiem, a nawet lokomotywy i doczepiali do pociągów idących na Wschód, że te walki pochłaniały ofiary po jednej i drugiej stronie, że trzeba było walczyć i z Ruskimi, i czasem z niedobitkami Wehrwolfu (wilkołaków), że w ciągu jednego roku 1945 zginęło 17 funkcjonariuszy SKP, a 30 zostało rannych. Jak wówczas było niebezpiecznie świadczy i to, że ZZK w Brochowie zwrócił się do władz, aby została im wydana broń. Jednak takiej zgody nie otrzymali.
Nieżyjący już Józef  Karaś , który po przyjeździe 4 sierpnia 1945 roku z Opoczna, został zarejestrowany przez ówczesnego zawiadowcę stacji Józefa Terleckiego jako trzydziesty trzeci pracownik stacji w Brochowie, Sowieci nie chcieli nawet odprawiać pociągów w dzień, ale tylko nocy, bo wówczas doczepiali wagony do swoich pociągów zabierane z innych składów, a polowali przede wszystkim na wagony załadowane.
Bronisław Słowiński, monter urządzeń zabezpieczenia, mówił, że zginąć można też było oddalając się o kilka kroków od torowiska, detonując miny. Zginąć można było w nocy podczas wypadów żołnierzy sowieckich dokonujących rozbojów. Według J. Karasia, w Brochowie i okolicy zginęło około stu kolejarzy. Już ten fakt winien był zobligować organizatorów wystawy do chociażby małej wzmianki o tych, którzy wszystkim innym grupom zawodowym czy społecznym przecierali drogę do Wrocławia, czyli o kolejarzach.
W Brochowie na nocną zmianę szło się w biały dzień, i schodziło za dnia, tak mi opowiadał Józef  Karaś , kierownik ekspedycji w Brochowie, który jako pierwszy wrocławianin oglądał i odbierał powiązany sznurkami rulon Panoramy Racławickiej w lutym 1946, a która przyjechała ze Lwowa, i przekazywał ją gen. Popławskiemu, który już transportem wojskowym zawiózł ją do Wrocławia.
Kiedy w dodatku do „Gazety Wyborczej” pt. „Wrocławskie Dekady” napisano, że Panoramę odbierali w lipcu 1946 przedstawiciele Zakładu im. Ossolińskich, prosiłem telefonicznie o sprostowanie tej nieprawdziwej informacji. Do dziś nie ma żadnego odzewu. Pewnie autorce notki zburzyłem zbudowaną przez nią własną wizję tamtych wydarzeń, to i ma w nosie rzetelność dziennikarską.
Ja wiem, że był czas, kiedy prawdy o tamtych czasach nie można było ujawniać, ale dziś trzeba ją odświeżyć i podać do publicznej wiadomości. Przecież mało kto dziś wie, że w Brochowie, kiedy po przyjeździe pociągu z wracającymi z frontu jednostkami sowieckimi, które wracały do Rosji, rozpoczynał się totalny rozbój, masowe rabunki oraz gwałty, to sowiecki komendant stacji wzywał na pomoc też sowieckie czołgi, które strzelały do rabusiów jak do kaczek, aby zaprowadzić porządek. Zginęło wielu wracających żołnierzy, którzy byli chowani w rowach i każdym dołku, czy leju. O tym też mi mówił śp. Józef  Karaś.

http://www.wolnadroga.pl/index.php?s=7&arch_nr=2005-06-10&arch_r=12&n=312035&stab=1


Otwarcie kolei w 1842 opis


Pierwszy odcinek Kolei Górnośląskiej. Wrocław - Oława, otwarto 22 maja 1842 r. Dzień wcześniej odbył się uroczysty przejazd inauguracyjny dla akcjonariuszy i  zaproszonych gości. Były to wielkie wydarzenia w  historii miasta i Śląska. Połączenie Wrocławia z Zagłębiem Górnośląskim, a dalej Berlinem i portem w Szczecinie miało wyprowadzić Wrocław i Śląsk z pewnej stagnacji, panującej tam od ponad wieku. 22 maja 1842 r. nastąpiło otwarcie  kolei dla publiczności. Odjazd przewidziano na 6.00. Była przepiękna pogoda, a na wszystkich ulicach miasta panował ożywiony ruch w kierunku dworca. W tym dniu również firma przewozowa Zingel i Gurtler uruchomiła omnibus konny   powożący pasażerów na stację. Jak liczny był tłum przybyły na otwarcie, świadczy informacja w "Breslauer Zeintung".  mówiąca, że przewoźnik na fosie miejskiej w górnej części dzisiejszej ulicy Piotra Skargi   przeprawił tego ranka około 5000 osób. Pociąg składał się z. 8 wagonów (I-I ki.. 3 - II ki. i 4 - III ki.). Podczas podróży podziwiano komfort jazdy, jaki udało się zachować mimo tak niezwykłej prędkości.  Pomimo wczesnej pory na trasie były rzesze  widzów. Pociąg przybył do Oławy o 6.45. Na dworcu panował wielki zgiełk. Wśród widzów i pasażerów licznie reprezentowany by I Brzeg, którego  mieszkańcy nic mogli się doczekać pierwszej lokomotywy. Kolej miała tam dotrzeć dopiero w czerwcu. Pleć piękna jedynie w  pierwszej chwili okazywała bojaźń. która jednak zaraz ustąpiła miejsca radości, jaką sprawia! komfort jazdy. Powrót do Wrocławia nastąpił o 8,17. Rozkład na ten dzień przewidywał cztery przejazdy z Wrocławia do Oławy i z powrotem. Podczas trzeciego przejazdu pociąg miał już 14 wagonów, w większości III klasy, a wszystkie byty wypełnione. Ze względu na silny przeciwny wiatr, podróż przeciągnęła się i trwała aż 58 minut. Powrót był już o 19 minut krótszy.
Wielką więc radość wzbudziła informacja, że pojedzie dodatkowy skład. Dziesięć minut przed planowanym odjazdem "Silesii", która ciągnęła tego dnia wszystkie pociągi, na stację w Oławie wjechała lokomotywa "Breslau"  Dodatkowy pociąg składał się z 10 wagonów. Cena biletów na lej trasie w wagonach 1, II i III kl. wynosiła odpowiednio 25, 16 i 9 groszy srebrnych. Z okazji otwarcia linii wydano we Wrocławiu papier listowy z widokiem ogólnym dworca Kolei Górnośląskiej, pociągu i odjeżdżających wagonów. W tamtych czasach było to zupełną nowością. Firma Eduard Cross,  mieszcząca się przy Nowym Targu, polecała natomiast jako niezbędne specjalne okulary mające chronić pasażerów podróżujących w otwartych wagonach przed iskrami i kurzem. Z okazji inauguracji we Wrocławiu i Oławie odbyty się liczne koncerty muzyczne na świeżym powietrzu i w  restauracjach.

Elektryfikacja linii Wrocław
Katowice. Przed zelektryfikowaniem linii Wrocław-Katowice, co nastąpiło całkiem niedawno, w roku 1961, pociągi osobowe poruszane  parą przejeżdżały trasę Wrocław-Oława w ciągu około 37 minut. Lokomotywy elektryczne skróciły czas podróży na tej trasie o 10  minut Pospieszne nie zatrzymywały się wcale, ale argumenty  Jelcza, wsparte przez lokalne władze, uczyniły pierwszy wyłom w latach siedemdziesiątych. Potem wyłom był coraz większy, aż doszło do tego, że na 28 par pociągów zatrzymujących się w  Oławie, było 12 pospiesznych

Źródło : Wiadomości Oławskie z 16.05.1992 r.


Biuletyn Urzędowy Zarządu Miejskiego Miasta Wrocławia z 30 września 1948 r. nr 17-18  w dziale nieurzędowym podał informacje o przedziałach lokali mieszkalnych w  obwodzie X - teren obecnego Brochowa.


WYKAZ Nr 7. Str 199
Zarząd Miejski w czasie od 1.8. do 31.8.1948 r. wydał przydziały mieszkaniowe niżej  wyszczególnionym osobom:

OBWÓD X.
Budniak Jan, Głowna 20 m.4
Górski Antoni, Wileńska 18 m. 3
Jachowicz Stefan, Główna 28 m. 4
Kuraszczyk Marian, 3-go Maja 1 b m. 10
Kwieciński Zbigniew, Parkowa 13 I p.
Koczapski Zbigniew. PI. Parkowy 3 m. 2
Kramski Bogumił, Graniczna 1 m. 4
Nawrot Jerzy, PI. Wolności 9 m. 2
Ozdoba Józef, Główna 20 m. 5
Misielski Jan, Wrocławska 11 m. 6
Marcjan Helena, Wrocławska 31 m. 4
Mierżwik Władysława, Powstańców 5 m. 9
Pogodziński Franciszek, Wrocławska 11 m. 8
Sędlak Klemens, Pl. Wolności 9 m. 1
Zarębina Władysława, Parkowa 31 d m. 1

WYKAZ Nr 9. Str 203
Zarząd Miejski w czasie od 16.8. do 31.8.1948 r. wydał przydziały mieszkaniowe niżej  wyszczególnionym osobom:

OBWÓD X.
Grzesiak Jan, Wrocławska 27 m. 4
Jakóbek Wincenty, Parkowa 61 m. 1
Kozak Mikołaj, Wrocławska 27 m. 2
Kot Mieczysław, Krótka 1 m. 5
Mierzejewski Kazimierz, Wileńska 20 m. 3
Olejnik Emilia, Parkowa 19 m. 1
Rybicki Jan, Wileńska 2 m. 7
Wronika Seweryn, Parkowa 10 m. 2



Biuletyn Urzędowy Zarządu Miejskiego Miasta Wrocławia z 30 września 1948 r. nr 17-18  


OKÓLNIK Nr. 8. Str 190-191

Prezydenta Miasta Wrocławia z dnia 27 sierpnia 1948 r. o reorganizacji Wydziału  Kwaterunkowego i centralizacji agend kwaterunkowych.

(1) Do zakresu działania Samodzielnego  Wydziału Kwaterunkowego należą sprawy z  zakresu publicznej gospodarki lokalami mieszkalnymi i użytkowymi na terenie miasta Wrocławia oraz na terenie następujących miejscowości powiatu wrocławskiego:  Sołtysowice, Klęcina, Oporów i Brochów.
(2) Wnioski o przydziały lokali mieszkalnych i użytkowych .na terenie  Obwodu VII  miasta (Psie Pole) , Obwodu VIII (Leśnica) oraz na terenie miejscowości Sołtysowice i  Brochów winny być składane:
1) w Miejskimi Urzędzie Obwodowym VII z  terenu obwodu VII miasta i z terenu miejscowości Sołtysowice,
2) w Miejskim Urzędzie Obwodowym VIII z terenu tegoż obwodu,
3) w Podreferacie Kwaterunkowym w Z. M. w Brochowie z terenu Brochowa.
i
(3) Wymienione wyżej Miejskie Urzędy  Obwodowe oraz Podreferat Kwaterunkowy w Brochowie nie imają prawa wydawania  orzeczeń tylko przygotowują wnioski i do  załatwienia i przesyłają je do decyzji   Samodzielnemu Wydziałowi Kwaterunkowemu.

Wyciąg z zarządzenia Ministra Ziem Odzyskanych z dnia 1 lipca 1947 r. (Dz. U. M. Z. O. Nr 10, z dn. 15.10. 1947 r.) w sprawie wykonania § 3 rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 31 października 1946r. o  prowadzeniu publicznej gospodarki lokalami na obszarze województwa śląskiego i  wrocławskiego oraz niektórych powiatów województwa krakowskiego, poznańskiego i olsztyńskiego (Dz. U. R. P. Nr 64, poz. 359).
Na podstawie § 1 i 3 rozporządzenia Rady  Ministrów z dnia 31 października 1946 r. o  wprowadzeniu publicznej gospodarki lokalami na  obszarze województwa śląskiego i wrocławskiego oraz niektórych powiatów województwa  krakowskiego, poznańskiego i olsztyńskiego (Dz. U. R. P. Nr 64, poz. 359) zarządzam co następuje:

§ 3.

Na obszarze województwa wrocławskiego  następujące miejscowości mają charakter osiedli podmiejskich:
1. w powiecie wrocławskim: Sołtysowice, Brochów (d. Broków), Klecina i Oporów (d. Oporowo),
2. w powiecie wałbrzyskim: Szczawienko



Polskie początki stacji Brochów
Lata 1945 - 1947

Brochów Rosjanie zajęli jako jedno z pierwszych przedmieść Wrocławia. Nie bez znaczenia miało jego wschodnie położenie i jedna z największych stacji towarowych na Ziemiach Zachodnich i jej możliwość połączenia z wciąż przesuwającym się tak frontem, jak i pierścieniem wokół Wrocławia. Rosjanie do Brochowa wkroczyli w lutym 1945 roku. Oficjalny komunikat o zdobyciu Brockau radzieckie biuro informacyjne ogłosiło w dniu 19 lutego 1945 roku. Żołnierze polegli w walkach o Brochów zostali pierwotnie pochowani na cmentarzu przy dawnej ulicy Parkowej (obecnie plac Indyjski) . Pięć lat później zwłoki żołnierzy radzieckich ekshumowano i pochowano we wspólnej mogile z towarzyszami broni na cmentarzu na Skowroniej Górze. Na miejscu poprzedniego cmentarza został postawiony obelisk z zatartym obecnie napisem : "Wieczna pamięć żołnierzom Armii Radzieckiej, poległym w bojach o wyzwolenie miasta Wrocławia od niemieckich faszystów w 1945 r". Przez lata obeliskiem opiekowały się harcerze z brochowskiej podstawówki nr 80.  Pierwsze dni polskiego, kolejowego Brochowa to intensywna odbudowa linii kolejowych pod kątem zadań militarnych. Uruchomiono wtedy kilka odcinków na wschód od Wrocławia, wśród nich: Opole - Laskowice - Brochów ( z jednym szerokim torem), oraz dwutorową linię Brochów - Legnica. Nie my wtedy decydowaliśmy o tym co i jak robić bowiem cała sieć kolejowa znajdowała się pod zarządem radzieckich władz wojskowych, a na stacji Brochów "gościli" radzieccy kolejarze.
Pierwszymi polskimi kolejarzami, którzy przyjechali do Brochowa byli kolejarze z Kluczborka. Był to maj 1945 roku. W Kluczborku bowiem tworzono wrocławska dyrekcję kolei i stamtąd właśnie kierowano pracowników do Brochowa. Jednym z pierwszych, którzy przetarli tę "ścieżkę" zawodowej kariery był pierwszy polski naczelnik parowozowni na Brochowie - Wincenty Śliwa.
Z każdym dniem, z każdym tygodniem przybywało polskich kolejarzy i pracowników na Brochowie.  Byli delegowani z  dyrekcji w Poznaniu, Lublinie i Krakowie. Brochów po działaniach wojennych przypominał obraz nędzy i rozpaczy.  Infrastruktura kolejowa w dużym stopniu zniszczona i uszkodzona. Zwrotnice prowizorycznie pozamykane były na kłódki. Nie było narzędzi i sprzętu. Większość prac wykonywano ręcznie.
Powstał Związek Zawodowych Kolejarzy Brochów który przygotowywał się do oficjalnego przejęcia węzła Brochów i przejęcia linii Brochów - Opole od kolejarzy radzieckich. Nastąpiło to dokładnie w dniu 20 sierpnia 1946 roku. Mimo tego na stacji wciąż dowodził radziecki komendant odpowiedzialny za kierowanie transportami wojskowymi, które przewożono na szerokich torach. Ostatni, oficjalny pociąg odjechał do ZSRR jesienią 1946 roku.  Gdy tylko zniknęły za zakrętem jego bufory, na stacji Brochów zniknęły też szerokie tory. W ich miejsce przywrócono normalne europejskie wymiary.  Należy pamiętać, że był to czas olbrzymich niepokojów. Czas szabrowników, uciekinierów, przesiedleńców, "maruderów" , dezerterów i ukrywających się Niemców. Kluczową rolę na brochowskiej stacji pełniła wtedy Straż Kolei Państwowych - dzisiejszy SOK. Była często w akcji. jej pierwszym szefem został Lucjan Socha. Postać o tyle znana, że właśnie on był inicjatorem wrocławskiego powojennego Święta Kwiatów. Lata 1945 - 1947 to jak wspomniałem czas niepokojów lat powojennych. Niewielu wie, że właśnie wtedy na Brochowie zginęło wielu polskich kolejarzy. Ich pamięci poświęcono tablicę pamiątkową jaka odsłoniętą w 1967 roku pod którą w Dniu Kolejarza składane sa kwiaty zaś kiedyś pełniono warty honorowe. Brochów to ważny etap powojennej historii Wrocławia. Tu powstał w lipcu 1945 roku punkt etapowy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. To czas pierwszych składów z przesiedleńcami z innych rejonów Polski i ZSRR. Każda z rodzin zatrzymujących się na Brochowie w wagonach towarowych posiadała swoją kartę ewakuacyjną, zaś kierownik pociągu pełną listę "pasażerów". Ta lista była na Brochowie przepustką do zaopatrzenia składu pociągu z przesiedleńcami w prowiant i pieniądze na "nowej drodze życia". Brochowski punkt PUR mieścił sie przy ulicy Wrocławskiej (22 Lipca). W jego skład wchodziły: magazyny, ambulatorium oraz izba chorych. Kierownikiem Brochowskiego PUR-u był Szczepan Michalski. Był odpowiedzialny za zaopatrzenie emigrantów oraz pomoc w osiedleniu się na terenie powiatu Wrocławskiego. W skład zestawów żywnościowych przydzielanych na brochowskiej stacji przesiedleńcom wchodziły: chleb, kasza, kasza manna, mleko i cukier. Większość żywności pochodziła z darów UNRRA. Na bieżąco była dla wszystkich kawa i zupa. Całe torowiska oblegane były przez przesiedleńców opuszczających swoje wagony. Pierwsze schronienie na stacji i torowisku montowano z rozmontowanych węglarek jakie zalegały na węźle brochowskim, a które służyły Niemcom za platformy transportowe dla czołgów. Między takimi "domami" rozpalano ogniska, gotowano posiłki i czekano na przydział i kolejne dyspozycje. Na brochowskiej stacji powstał jeden wielki obóz z kilkuset ogniskami. Część osób przebywających w tych półdzikich obozach przeniesiono do budynków na terenie Brochowa które wcześniej zajmowali dawni jeńcy i przymusowi robotnicy radzieccy wracający z Rzeszy do Ojczyzny. By rozładować napięcie towarzyszące takim sytuacjom cześć osób jak najszybciej odesłano do miejsc przeznaczenia specjalnymi pociągami. Część z repatriantów - przesiedleńców na stałe została na Brochowie a ich pierwszym lokum były budynki przy ulicy Leonarda da Vinci.
Tak wyglądały pierwsze powojenne miesiące  podwrocławskiej stacji Brochów

bonczek/hydroforgroup/2012 na podstawie wspomnień zapisanych przez młodzież zrzeszona w klubie PTTK SP nr 80 na Brochowie w latach 70 tych XX wieku - opublikowane w "Poznaj Swój Kraj"  4/1980

tekst pochodzi ze strony http://dolny-slask.org.pl/

Pozostali ludzie

filip łepkowicz - zdjęcia
jędrzej morawiecki - tekst  

Poznałem Brochów już wcześniej. Wtedy, kiedy zgubiłem trzeci raz w życiu przednie koło w ładzie. Jechałem jak zwykle Mościckiego na wieś, do swojego domu w Gęsicach. Miałem wyskoczyć na brukową kostkę, skręcić w prawo, wyrwać się z miasta. Nie zdążyłem. Prawe koło poszło w bok, samochód zarył w jednię, puścił iskry, utonął w asfalcie. Na chodniku stały brochowskie młodziaki: “Koło panu odpadło”. “Wiem”
odpowiedziałem, bo nie pierwszy raz koło zgubiłem, wiedziałem, że poszedł jak zwykle dolny sworzeń i że jak zwykle będzie trzeba samochód przenieść na chodnik, a potem schować się przed drogówką. “Czemu panu koło odpadło?” pytał brochowiak. “Tak to w życiu bywa, czasem koła odpadają”. Potem milczenie. Młodziaki pomogły podnieść samochód, włączyli się starsi wtedy już wiedziałem na Brochowie żyją dobrzy, bezinteresowni ludzie.



II.

 Teraz Brochów wstaje pochmurnym niebem, zmiata z alejek jesienne liście. Poranne mocne piwo w knajpie na Mościckiego, uczucie: zaczyna się wielka podróż. Najpierw do Pana Mleczarza. Stoi w drelichu i gumowcach naprzeciw sklepu “Lipton”, niedaleko graffiti “Uwaga, rysie” i “Trzeba być dobrym”. Sprzedaje w butelkach po wodzie mineralnej mleko z własnego gospodarstwa. Wszyscy go tu na Brochowie znają, mówią, że mieszka w Iwinach
razem z bratem. “Jak wejdziesz na podwórko: i kaczki, i gęsi w całych Iwinach nie ma krów, tylko u nich” opowiadają. A Pan Mleczarz stoi przed sklepem i mówi do Krzysztofa - brochowiaka układającego chodnik: “Patrz, widzisz? Kupiła mleko w sklepie, sama woda. A u mnie spójrz: kawał śmietany. A ta durna kupuje tam, bo w woreczku, bo w sklepie lepsze...”. “Ta, w sklepie lepsze! Woda!” denerwuje się pan Krzysztof. “Spokój, Krzysztof, może ona lubi wodę” mówi Pan Mleczarz. Potem milknie. Czeka na Weronikę Oczkowicz. Zaczepiał ją jeszcze wczoraj, żartował, w końcu obiecała, że będzie o dziesiątej. No i jest tyle że na polu pomiędzy działkowymi ogródkami. Pracuje z mężem, w końcu odstawia czarny rower, odsuwa wózek wyładowany burakami, zaprasza na ławeczkę. Na Brochowie jest od 1957 roku. Przyjechała w odwiedziny do kuzynki, u krawca zapoznała męża, pół roku później się pobrali. Wspomina zlikwidowane kino Sygnał w podwórku, żłobek przerobiony teraz na agencję towarzyską, kwitnące krzewy, drzewa, po których teraz na podwórkach nie zostało nawet śladu. No i rzecz jasna tańce. “Dechy były koło kościoła, tak samo w parku przy stacji, i w drugim w drodze do Iwin. Tańczyli wszyscy od dzieciaków do starszych. Co niedzielę grała orkiestra kolejowa. Raz nawet przyjechała na Brochów Sława Przybylska”. Pani Weronika opowiada o “Franku” kolejowym parku, później o pięknej, wyburzonej już “Ambasadzie Cygańskiej” koło Biedronki. Mąż emerytowany kierownik pociągu dodaje: “Były bójki. Tych chłopaków cygańskich to było z pięćdziesięciu. A potem w latach pięćdziesiątych przyjechaliśmy my mocne bojowe chłopaki z wioski. Robiliśmy porządek, powoli się wszystko uspokoiło. A jak poprzyjeżdżali ze wschodu i opowiadali, że byli tam bogaczami, wszystko bujda, większość to biedota, jedna panienka znalazła w domu po Niemcach koszulę nocną, przyszła tak na zabawę, myślała, że to suknia wieczorowa”. Później wspomina pracę na kolei, cztery i pół tysiąca brochowskich kolejarzy, piesze powroty po torach z Gądowa, smalec w lokomotywie, dworcowy bufet, gdzie całą dobę można było zajść na piwo, kielicha... Teraz nie ma nic. Pani Weronika: “Ale są jeszcze ludzie. Brochów to taka mała wioska wszyscy trzymają się razem. Niedawno sąsiad umarł niemal na naszych rękach, wszystkie go myłyśmy, ubierałyśmy... Bo sąsiad to tutaj rzecz święta. A na pogrzebie jak zwykle grała cygańska orkiestra. Tak samo jak na komunii, chrzcie, podczas wizyty biskupa... Bo wszyscy jesteśmy przecież mieszkańcami Brochowa. A Cyganie jak dostają mieszkanie w nowym budownictwie nie chcą, zamieniają się, biorą dopłatę i wracają na Brochów. Pełna kultura. Chociaż mentalność jednak inna. Na Wszystkich Świętych po procesji rozkładają po drugiej stronie cmentarza serwetę na ławkach, wyciągają butelki, jedzenie, świętują. Inna tradycja”. Pani Oczkowicz opowiada jeszcze o swoich cygańskich sąsiadach, o świętach, w końcu żegna się, wraca do buraków.

III.

A teraz Jan Merski. Przyjechał na Brochów ze Stanisławowa. A było to tak: w 1945 dowieźli go z rodziną pociągiem pod Radwanice, wyrzucili w pole, koniec jazdy. I wszyscy wysiedli
ponad 60 wagonów, w każdej węglarce z pięć rodzin. Porobili szałasy z desek, bud, koczowali w polu, w końcu zamieszkali na Brochowie. “Każdy jadł co miał, żadnej pomocy. Na Krakowskiej paliły się jeszcze budynki, na Świerczewskiego stały barykady. Każdy drugiego się bał, każdy ryglował. Wystawialiśmy biało-czerwoną chorągiewkę, ale Niemcy szybko się nauczyli i też wywieszali polski sztandar. Ruscy się w końcu zorientowali i znów zaczęli rabować wszystko jak leci. Ale było wesoło. Jeden drugiemu współczuł. Tuż po wojnie nie było gdzie się fachu nauczyć, większość przychodziła surowa, bardziej doświadczeni pomagali, tłumaczyli nie pytali: zapłacisz mi za to, czy nie. Wszyscy pracowali jednakowo.

A jak się silniki robiło
kładłeś się w błoto, sypałeś ziemię piachem, rzucałeś parę desek i jazda. A po robocie brałeś beczkę z ropą, zmywałeś smar, obmyłeś się w kałuży, wsiadałeś w kufajce do tramwaju, smród, czyści urzędnicy się od ciebie odsuwali, żeby się nie ubrudzić. Dopiero potem zrobili porządek ci w kufajkach jechali tylko w przedsionku.

Na sam Brochów jeździły tylko pociągi. “Jak my tutaj przyjechaliśmy
trzeba było się przyzwyczaić do parowozów. Stanął taki przed oknem, kilkadziesiąt naładowanych wagonów, nie mógł ruszyć, dudududu! Tarabanił, aż dom się trząsł. Ciągle musiałeś zmiatać sadzę z parapetów. Bo jak taki maszynista miał dobrego kolegę, to ten podjechał i go popchnął. A jak kogoś nie lubili, to startował i przez godzinę pod naszym oknem”.

Budowa domów, odgruzowywanie ruin. “Siedemnastu chłopa
przyszłych lokatorów. Flacha i jazda na wesoło plac wyczyściliśmy”. Sami wyszukali miejsce, dyrektor zaakceptował: “zbudujcie”. Zjednoczenie dało pieniądze, oni znosili cegłę, wyciągali dwuteowniki z sąsiednich domów. I postawili dom.

Mieszkanie, praca, poranna pobudka... I jazda “hulajnogą”
towarowym pociągiem do Wrocławia. “Szliśmy zawsze do ostatniego wagonu w składzie, tam wkoło ławki, na nich kobiety, co jechały na targ. My stawaliśmy pośrodku, zaczynaliśmy wszystko bujać, kobiety w krzyk, wagon mało z torów nie wyskoczy, zabawa, młoda krew kipiała. Potem wysiadka i biegiem. Cała paczka z FAT-u, FUM-u, Hutmenu jeden drugiego braliśmy za fraki, w krzyk i biegliśmy torami szpalerem żeby jak najszybciej do zakładu, mało butów nie pogubiliśmy”.

Jan Merski wspomina wyprawy na targowisko na placu Grunwaldzkim, obłożone kolejowymi podkładami i kolczastym drutem, kiełbasę, mięso, łapanki UB, rewizje. Potem kolejowy pegeer na Centralnej
pałac rozszabrowany przez miejscowych po likwidacji gospodarstwa. Potem jeszcze mówi o ściennym zegarze, który w końcu kupił, żeby widzieć, kiedy iść do pracy, o “unrowskich” paczkach. Później żona wspomina hodowlę: “Miasto kóz tak się Brochów nazywał. Bo kolejarz zawsze mało zarabiał. Musiał jakoś wyżyć, to trzymał króliki, świniaka, krowy... Trzeba było mieć swoje kury, parę kaczek. Króliki żarły trawę z kolejowych skarp. No i oczywiście te kozy”. Potem państwo Merscy kiwają głowami: “Brochów topnieje, młodzi uciekają, zostali tylko starsi”. Na koniec pokazują piękne, stare wiejskie meble, wskazują z dumą na drewniane okna pociągnięte białą olejnicą: że nie plastiki, że nieraz słońce wyjdzie nad działkami, rozbłyśnie w szybie i Brochów staje się piękny.



IV.

 Nie wiem, czy Teresa Pakuła widziała, jak odpadło koło w mojej ładzie. Mogła, bo mieszka naprzeciw miejsca zdarzenia, w jezdni został jeszcze ślad. Wiem jedno
pani Teresa jest w Brochowie rozmiłowana. Pokazuje archiwum, zdjęcia, kserokopie, widokówki, długo opowiada o historii. Z tyłu za oknem błyskają ciągle żółte pociągi, pani Teresa dalej mówi: “Brochów dostał prawa miejskie i herb w kwietniu 1939. W styczniu 1951 został wcielony do Wrocławia. Mówi się tu, że do Wrocławia jest sześć kilometrów tyle jest do stacji kolejowej. W dawnych czasach Brochów zaczynał się od Czerwonej Karczmy (mimo że ci z Książa powiedzą, że Czerwona Karczma należała już do nich). Czerwona Karczma była tu, gdzie teraz stoi składnica złomu. Tędy szedł trakt wiązowski z Wrocławia do Wiązowa i Nysy, gdzie podróżowali biskupi. Pozostałością traktu jest ulica Mościckiego. Za Brochów droga wychodzi w stronę Zacharzyc, dalej na Sulimów, Bratowice (gdzie też stała karczma). Trakt początkowo konkurencyjny dla drogi opolskiej, ale jako że Oława dostała przywilej składu Wiązów pozostał na boku. Tędy jeździli tylko duchowni podróżujący do swoich majątków kościelnych. Później pokazuje ranking osiedli lokalnej gazety żali się, że powypisywali, że słaba komunikacja, że tylko trzy autobusy, “można pociągiem, ale pośpieszne nie stają”. A kto będzie jechać do centrum pośpiesznym? denerwuje się. “Pani redaktor jak ją nastraszyli na Książu, to chyba tak się bała, że nawet z samochodu nie wysiadła, tylko napisała, że nie ma placu zabaw i tylko dwie piaskownice. A myśmy się tyle naszarpali, żeby zrobić osiem placów zabaw...” kręci głową, ubolewa, mówi o festynie, który organizują raz do roku, o Niemcu bez ręki, który kiedyś zaszedł do niej z listem od księdza, odtwarzał historię miasta, zaczął przyjeżdżać na festyny póki nie zmarł. Później o pomnikach, zabytkach... “Na Brochowie jest pomnik kolejarzy przerobiony z pomnika wojen francusko-pruskich. Jest też pomnik żołnierzy radzieckich, od czasu do czasu organizacje, które chcą zaistnieć domagają się jego zburzenia. Konserwator zabytku powiedział, że pamiątka historyczna i tyle”.

Teresa Pakuła prowadzi na wieżę ciśnień, zaczyna się wspinaczka czterdzieści metrów w górę, po schodach, drabinach, korytarzach. W końcu wyłania się panorama Brochowa, kościół, szpital, knajpa przy pod stołówką, dworzec... No i druga knajpa - na Mościckiego.

A w knajpie na Mościckiego siedzi Antoni Prażmowski. Ogląda serial, klepie psa, wspomina Niemkę, z którą chodził w 1945, jak wyjeżdżała, chciała go wziąć z Brochowa do siebie. Pomyślał, pomyślał, w końcu został i teraz tu tak siedzi. Przepracował 45 lat na kolei, chodził z pistoletem, machał nim przed radzieckimi żołnierzami, jak mu chcieli zabrać zegarek. Wspomina dawne knajpki, czwartkowe potańcówki dla wdowców. “Bufet, piwa się można było napić, ktoś tam przyniósł kielicha w butelce... Tak się to życie toczyło. A teraz tylko tu mogę walnąć czystą, zalać piwkiem”
kiwa głową i częstuje paluszkami.




V.

A za oknem wieczór. Przed kamienicami siedzą miejscowi piją piwo, rozmawiają. Zachodzi słońce. Kiedy przejść się pomiędzy starymi kamienicami, oblepionymi gąszczem nieregularnych balkonów, przeplecionymi drewnem widać nie zabity upływ czasu, widać jak szlachetnie starzeją się brochowskie budynki jak tętnią ludźmi, życiem. Bez pudru, bez nowej fasady, równiutkiej kostki, kiczowatych fontann, karłowatych, okaleczonych drzewek. Brochów jest prawdziwy, istnieje nie dla turystów, biznesmenów, wiedeńskich sznycli i reklamowych dorożek, a dla swojej własnej historii, dla miejscowych.


W kolejowej stołówce klienci mówią sobie “dzień dobry”, jedzą kolację, piją kompot. Niżej piwo, bilard, zaczyna się mecz w piłkarzyki z miejscowymi młodziakami. Stół lata po sali, wirują figurki, trzaskają złotówki. Noc, uściski dłoni, Brochów usypia. A mleko smakuje jak nigdy: gęste, nocne, pełne śmietany. We Wrocławiu takiego nie kupisz.



http://www.dziennikarze-wedrowni.org/archiwum/archiwum/2004/listopad/brochow.htm


Odrę 1305 obejrzysz w muzeum


W „Gazecie Wrocławskiej” można przeczytać o komputerze Odra 1305, który do końca marca ubiegłego roku funkcjonował na Wrocław Brochów. Była to przedostatnia działająca Odra 1305 wyprodukowana przez wrocławskie Elwro w roku 1986. Dłużej od tej z Brochowa i zaledwie o jeden miesiąc, działało urządzenie na Lublin Tatary.
http://www.rynek-kolejowy.pl/22505/Odre_1305_obejrzysz_w_muzeum.htm

Zajmował cały pokój. W szafce wielkości połowy biurka mieściło się... 8 megabajtów. Dziś trudno znaleźć nośniki o tak małej pamięci, ale ponad 20 lat temu komputer Odra 1305 to był prawdziwy hit. Jeden z nich trafił na stację Wrocław Brochów, pracował tam jeszcze do marca zeszłego roku. Do końca marca poprzedniego roku na wrocławskiej stacji kolejowej Wrocław Brochów działał komputer Odra 1305. Była to przedostatnia działająca odra wyprodukowana przez wrocławskie Elwro w 1986 roku. Dłużej od tej z Brochowa, i to zaledwie o jeden miesiąc, działała maszyna w Lublinie, na stacji Lublin Tatary.

Brochowska odra od wagonów
W latach 80. nikt nie patrzył na to, że odry zajmowały całe pokoje.  Komputery były prawdziwym hitem, bo bardzo ułatwiały pracę, prowadząc nie-zbędne obliczenia. Za co odpowiadała odra zamontowana na stacji towarowej Wrocław Brochów? Prowadziła obliczenia potrzebne przy pracy nastawni. Pomagała rozdzielać konkretne wagony towarowe na odpowiednie tory i obliczała, z jaką siłą mają one hamować, by ustawiały się w cały skład i nie uderzały o siebie zbyt mocno. Przez ponad 20 lat działała bez żadnej większej awarii. A warto wspomnieć, że w ramach SKPS (czyli systemu kierowania pracą stacji) musiały one pracować 24 godziny na dobę.

Z bułgarską pamięcią
Pracownicy kolei wspominają, że byli dumni, mogąc pracować na polskim sprzęcie, choć trzeba przyznać, że nie wszystkie komponenty pochodziły z naszego kraju. Np. pamięci dyskowe były produkcji... bułgarskiej.
- Pamięć wielkości 8 megabajtów zajmowała pół biurka - wspomina Ryszard Iwanicki ze spółki PKP Informatyka we Wrocławiu, który uczestniczył w montażu komputera. - Trzeba przyznać, że jak na możliwości Odry to, co robiła na stacji w Brochowie, to nie było jakieś wielkie wyzwanie. Komputer miał znacznie większą moc obliczeniową - dodaje.

Komputer wielkości małego mieszkania
Odra, która zajmowała całe pomieszczenie wielkości ponad 30 metrów kwadratowych, miała potężną przewagę nad innymi komputerami - była praktycznie niezniszczalna i mogła pracować w bardzo niesprzyjających warunkach, zarówno przy mrozach, jak i przy wysokiej temperaturze. Doceniono to przede wszystkim w polskiej armii, na stacji w Brochowie niekoniecznie. W latach 80. dla potrzeb kolei w całej Polsce pracowało kilkanaście komputerów typu Odra. Pod koniec lat 90. po kolei je wycofywano, dzięki czemu odra z Brochowa miała potężne zaplecze, jeżeli chodzi o części zamienne.
Zdaniem wielu pracowników kolei Odry mogły funkcjonować nawet do dzisiaj. Tym bardziej że przez kolejne lata pracy (na Brochowie były to 24 lata) cały czas przechodziły modernizację. Na przykład zrezygnowano z zewnętrznych pamięci dyskowych i taśmowych (to one zajmowały bardzo dużo miejsca) i zastąpiono zmodernizowanymi komputerami PC. Modernizacje przyczyniły się do tego, że ostatecznie moc obliczeniową komputera podniesiono z 370 do około 500 tysięcy operacji na sekundę. Jednak w końcu musiała zwyciężyć nowoczesność. Odrę z Brochowa zastąpiły pecety nowej generacji, dzięki czemu kolej zyskała nie tylko lepsze urządzenie, ale także sporą część pomieszczenia. Zaczęła się za to walka o to, gdzie trafi kultowy komputer.

Odra z Wrocławia do Gdańska
Już w ostatnich miesiącach pracy odry na Brochowie, gdy wiadomo było, że będzie wycofywana, o komputer zaczęli się pytać prywatni kolekcjonerzy i muzea. A właściwie o dwa komputery, bo stację na Brochowie obsługiwały dwie analogiczne odry 1305. Co się z nimi stało? Część źródeł błędnie podaje, że komputery z Brochowa trafiły do skansenu kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej. Nie jest to do końca prawda. W Jaworzynie Ślaskiej rzeczywiście znajduje się Odra 1305, ale jest to egzemplarz, który przez 30 lat pracował we wrocławskim Hutmenie.
Tymczasem jedna Odra 1305 z Brochowa zawędrowała aż do Gdańska, do Parku Naukowo-Technologicznego.
Druga pozostała we Wrocławiu, co więcej, trafiła nawet bliżej Odry. Można ją zobaczyć w Otwartym Muzeum Techniki znajdującym się na holowniku parowym "Nadbór" przycumowanym przy gmachu głównym Politechniki Wrocławskiej.

http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/378326,komputery-odra-nie-dzialaja-u-nas-juz-od-roku-pozostaly,id,t.html


Moja sąsiadka, pani Marianna Gruca, wspaniale pamięta, jak wyglądał Wrocław tuż po II wojnie światowej, a zwłaszcza Brochów. Pomyślałem, że muszę ją namówić, żeby podzieliła się swoją wiedzą z innymi ludźmi. Tekst: Maciej Skowron

Kiedy Pani przyjechała do Wrocławia?

Zaraz po wojnie. Mój ojciec - Szczepan Wlaziński został oddelegowany w sierpniu 1945 roku z Dyrekcji Kolei w Warszawie do Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych we Wrocławiu w celu podjęcia pracy. Zaczął pracować w Oddziale Handlowo-Taryfowym w ówczesnym Prochowie (od 1946 r. nazwa została zmieniona na Brochów). Na czas podróży mój ojciec otrzymał przepustkę, wystawioną w języku polskim i rosyjskim, oraz miał prawo do bezpłatnego przejazdu. Ja, z mamą Zuzanną, przyjechałam do Wrocławia w październiku 1945 r. Miałam wtedy 15 lat. Podróż z Warszawy odbywała się pociągami towarowymi i po dotarciu na miejsce pasażerowie wysiadali na tymczasowym przystanku towarowym przy wjeździe do Prochowa. Przystanku osobowego jeszcze nie było. Zamieszkaliśmy w Prochowie, przy placu Wolności 13 (obecnie plac Mongolski), w mieszkaniu dwupokojowym, na parterze.
W mieszkaniu początkowo nie było prądu ani wody, mieszkańcy czerpali wodę z pompy, która znajdowała się na placu Wolności. W jednym z budynków kwaterowali radzieccy żołnierze, a obok stały czołgi, ich lufy widać było z okien naszego mieszkania. Widok ten nie był przyjemny, ponieważ przypominał wojnę.
W pobliżu poczty (obecnie ul. Semaforowa) mieścił się PUR (Państwowy Urząd Repatriantów), w którym moi rodzice kupili pozostałe po Niemcach niezbędne meble i pościel. Były one w złym stanie, brudne i zapluskwione. Do Brochowa napływała ciągle nowa ludność ze wschodnich terenów dawnej Polski. Z miejscowości Nadwórna przyjechała cała tamtejsza społeczność, także ksiądz, który jako pierwszy zaczął odprawiać msze św. w kościele w Brochowie.

Jak wyglądały Pani pierwsze święta Bożego Narodzenia we Wrocławiu?
Były smutne, ponieważ rodzice nie mieli wiadomości o swoich synach. Starszy przebywał w niemieckim obozie jenieckim dla oficerów, a młodszy Czesław brał udział w Powstaniu Warszawskim i nie wiadomo było, czy żyje.

Gdzie chodziła Pani do szkoły i jak wyglądała nauka w tamtych czasach?
Pierwszą Publiczną Szkołę Powszechną w Brochowie zorganizował pan Włodzimierz Sajdak. Szkoła mieściła się w budynku obecnego szpitala im. Falkiewicza. Szkołę powszechną ukończyłam w 1946 roku. W roku szkolnym 1946/1947 rozpoczęłam naukę w Gimnazjum nr 1 przy ul. Poniatowskiego, w którym dyrektorem był pan Jankowski. W tamtych czasach otrzymywało się w roku szkolnym dwa świadectwa: półroczne i roczne.
Młodzież uczestniczyła także w obowiązkowych zajęciach przysposobienia wojskowego. Otrzymałam zaświadczenie o ukończeniu zajęć, które podpisał w dniu 20.06.1949 r. Komendant Miejski "Służba Polsce" we Wrocławiu, pan Czesław Jarosz.
Mile wspominam wycieczki szkolne organizowane dla młodzieży. Zachowało się nawet zdjęcie przedstawiające moją klasę w 1948 r. podczas wycieczki do Sobótki.
W 1949 r. ukończyłam drugą klasę gimnazjum. Wspominam o tym, ponieważ w tym roku nastąpiła reforma szkolnictwa, to znaczy wprowadzono tzw. 11-latkę. Była to szkoła ogólnokształcąca stopnia podstawowego i licealnego. Na pierwszej stronie mojego świadectwa widnieje zapis: "ukończyła drugą klasę gimnazjum", a na odwrotnej stronie: "otrzymała promocję do klasy dziewiątej".
W tym też roku wprowadzono rejonizację szkół. W poszczególnych dzielnicach Wrocławia powstawały nowe placówki oświatowe. W wyniku rejonizacji rozpoczęłam naukę na Krzykach, w Szkole Ogólnokształcącej stopnia Podstawowego i Licealnego nr IV, przy ul. Świstackiego, w klasie IX c. Szkoła ta rozpoczęła działalność w sierpniu 1948 r., a ja podjęłam w niej naukę rok później. Obecnie mieści się tam Liceum Ogólnokształcące nr IV. Chciałam przypomnieć, że w tamtych latach Wrocław był zniszczony wskutek działań wojennych, a ocalały budynek szkoły nie był wystarczający dla licznej młodzieży. Wyposażenie sal lekcyjnych stanowiły poniemieckie ławki i inne stare meble, nauczyciele z trudem organizowali pracownie przedmiotowe. Wielu uczniów było z roczników opóźnionych, wśród nich uczestnicy walk powstańczych oraz zdemobilizowani z wojska polskiego.

Jak wyglądało wtedy życie szkoły?
Pomimo trudności, w naszej szkole miały miejsce różne ciekawe imprezy, np. warsztaty umuzykalniające, spotkania z wybitnymi pisarzami.
Do szkoły byli zapraszani, m.in. Jerzy Andrzejewski, Julian Przyboś, Wojciech Żukrowski oraz wielu innych. Chodziliśmy także do teatru. W szkole redagowane było pismo uczniowskie "Kleks" oraz istniał teatrzyk. Wielką atrakcją były także wycieczki szkolne, wędrowaliśmy po górach i lasach. Młodzież nasza odnosiła także sukcesy w sporcie.

W którym roku zdawała Pani maturę?
Maturę zdawałam w czerwcu 1951 r. Muszę wspomnieć, że w tamtych czasach obowiązkowa była także nauka w ramach dwuletniej Wszechnicy Radiowej, wprowadzona Decyzją Ministra Oświaty z 17.10.1948 r. Uczęszczałam na zajęcia w latach 1949/1951, a po każdym roku nauki zdawałam egzaminy, m.in. z takich przedmiotów, jak: materializm dialektyczny i historyczny, historia ruchu robotniczego, historia literatury polskiej, nauka o świecie, nauka o Polsce i geografia Polski, podstawy ekonomii politycznej. Nauki było więc bardzo dużo.

W tamtych latach młodzież oczywiście także się bawiła. W Brochowie, gdzie mieszkałam, miejscem zabaw i spotkań był budynek dawnego kościoła ewangelickiego (obecnie obiekt wyburzony).

Czy po zdaniu matury podjęła Pani studia?
Tak, na Uniwersytecie Wrocławskim, na Wydziale Prawno-Administracyjnym. Moimi wykładowcami byli m.in.: prof. Iwo Jaworski - wykładał powszechną historię państwa i prawa, prof. Seweryn Wysłouch - wykładał historię państwa i prawa polskiego (przed wojną pracownicy naukowi Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie), prof. Stanisław Walczak - wykładał teorię państwa i prawa, prof. Leon Bojm - wykładał prawo państwowe, prof. Jerzy Słupecki - wykładowca logiki.

Czy na studiach również jeździła Pani na wycieczki?
Oczywiście, bardzo mile wspominam pobyt na obozie studenckim w Ustroniu Morskim, zorganizowanym dla studentów Uniwersytetu Wrocławskiego w 1952 r. Była tam również młodzież koreańska, wesoło spędzaliśmy wspólnie czas, nawiązywały się przyjaźnie, śpiewaliśmy. Pamiętam, że była tam także poetka Urszula Kozioł, która studiowała polonistykę, reżyser Stefan Zajączkowski, wówczas student polonistyki, oraz wiele ciekawych osób.

http://wroclaw.naszemiasto.pl/artykul/976353,kiedy-brochow-byl-prochowem,id,t.html


Brochów koło Wrocławia


Pociąg powoli wtacza się na stację. Ktoś mówi, że to koniec jazdy. Po półtoramiesięcznej poniewierce docierają do celu podróży. Ale nie wszyscy są tego pewni, bo Turkiewiczowie i inne rodziny z Huty na kartach ewakuacyjnych mają napisane, że celem ich podróży jest województwo katowickie. Nikt nic nie mówił ani o Wrocławiu, ani o Brochowie. Wygląda więc na to, że czeka ich dalsza jazda. Co bardziej pyskate baby biegną do siedziby urzędu repatriacyjnego z płaczem - błagają urzędników, żeby ich już nigdzie nie wieźć, tylko osiedlić tu, gdzie są.

Przez kilka dni żyją na peronach. Nocami wystawiają warty, by chronić dobytek przed szabrownikami, dniami sami penetrują okolicę. Antoni wyprawił się z innymi w poszukiwaniu dachu nad głową. Poszli do dzielnicy willowej. Wszędzie murowane piętrowe domy z ogrodami - puste, można się wprowadzać. Ale nikomu się nie podobają, ogródki mają za małe. Rodzina nie wyżyje z takiego skrawka ziemi.

Z Litwy wysiedlono 150 tys. osób, głównie w Olsztyńskie i Gdańskie oraz w mniejszej liczbie - na Dolny Śląsk.

http://img.odkrywca.pl/sami-swoi-i-obcy-prawdziwa-historia-repatriantow,681237.html


Rosjanie zniszczyli tę ulicę, nie trafiając nalotami dywanowymi w dworzec.

W cieniu stacji.

Widoku tej ulicy na pewno do końca życia nie zapomną repatrianci. To na Breslauerstrasse bowiem rozpoczynali swoje nowe życie. Im się udało, ona do dzisiaj nie odzyskała przedwojennego blasku. Mimo to ulica Ignacego Mościckiego od ponad stu pięćdziesięciu lat jest jedną z najważniejszych ulic Brochowa.
Ta bodaj najdłuższa ulica tej części miasta swoją sławę zawdzięcza stacji kolejowej. Czy była równie ważna dla mieszkańców przed pojawieniem się pociągów? Nikt o tym nie pisze. Historycy przypuszczają jednak, że tak. Prowadził tędy bowiem dawny szlak handlowy z Krakowa do Szczecina. Potwierdzają to wykopaliska z epoki brązu i żelaza.

Zmiany przyjechały na szynach.

Najstarsze zapiski o Brochowie (przez Niemców zwanym Brokowem) pochodzą z 1193 roku. Papież Celestyn III bierze w nich pod opiekę klasztor Najświętszej Marii Panny na Piasku wraz z całym majątkiem. Między innymi wsią Prochou, czyli dzisiejszym Brochowem. Od tego czasu wieś regularnie pojawia się w zachowanych dokumentach. Z zapisków dowiadujemy się na przykład, że w
1795 roku w Brochowie żyje 167 osób, których głównym zajęciem jest uprawa warzyw sprzedawanych Wrocławianom. Wiemy z nich też, że na początku XIX wieku liczy dwa razy więcej osób. Jest 46 domów, pałac, folwark, szkoła i wiatrak. Mieszkańcy, nie przeczuwając zbliżających się wielkich wydarzeń, spokojnie żyją, utrzymując się nadal z uprawy warzyw i hodowli owiec.
Na zmiany nie trzeba było długo czekać. Przyjechały na szynach. 22 maja 1842 roku przy dzisiejszej ulicy Mościckiego, a wtedy Breslauerstrasse, z wielką fetą otwarto dworzec Kolei Górnośląskiej. Zatrzymał się też pierwszy na obecnych ziemiach Polski pociąg - z Wrocławia do Oławy. Od tego czasu rozwój Brochowa i Breslauerstrasse jakby wsiadł do ekspresu.
( dopisek autora strony: dworzec o którym pisze autor strony otwarto we Wrocławiu  natomiast dworzec w Brochowie powstał w 1896 r. a pociągi w 1842 r. i przez wiele kolejnych lat nie zatrzymywały się w Brochowie bo nie było stacji rozrządowej ani dworca pasażerskiego).

Pierun dał sławę.

Brochów dzięki stacji kolejowej rozwija się w niewiarygodnie szybkim tempie. W ciągu stu lat miejscowość z typowo wiejskiej zmieniła się w przemysłową. Liczba mieszkańców wzrosła aż ponad 50 - krotnie - ze 167 pod koniec XVIII wieku do niemal 8700 pod koniec XIX wieku. Przybyło też budynków. Na początku ubiegłego stulecia Brochów miał już ratusz, wodociągi i kanalizację, własną gazownię, zakład energetyczny i łaźnię. Przy Breslauerstrasse powstało wiele kamienic. Na skrzyżowaniu obecnej ulicy Koreańskiej i Mościckiego była też gospoda "Pod Dobrym Humorem", a w czasie I wojny światowej na stacji mieścił się polowy szpital. Tempa nabiera budowa stacji towarowej, która dzisiaj jest drugą co do wielkości w Polsce (po węźle w Tarnowskich Górach) i jedną z największych w Europie.
Dzięki kolei i połączeniu pomiędzy Berlinem a Bytomiem Breslauerstrasse trafia na pierwsze strony gazet.. Tak było na przykład 15 maja 1936 roku, kiedy to przez stację Brochów przejeżdża ekspres Fliegende Schlesier. Od tego czasu Latający Ślązak regularnie jeździ do Berlina i Bytomia z rekordową w Europie prędkością 128,4km/h (maksymalna dochodziła do 160km/h). Latającemu Pierunowi, bo tak nazywali go Ślązacy, pokonanie trasy z Berlina do Bytomia zajmowało zaledwie 4 godziny 25 minut. Dla porównania najszybszy pociąg pomiędzy Wrocławiem Świebodzkim a Jaworzyną Śląską kursujący w tamtych czasach jechał średnio 93km/h, a dzisiaj z Wrocławia do Berlina jedzie 7 godzin i 30 minut.

Zrównali z ziemią.

W 1939 roku Brochów otrzymuje prawa miejskie. Niestety mieszkańcy niedługo cieszą się z tego. Wybucha bowiem wojna i nastaje niezbyt dobry czas dla miasta. Przestaje jeździć Latający Ślązak. Niemcy tuż obok stacji zakładają obóz pracy przymusowej. Hitlerowcy rozstrzeliwują też ostatniego niemieckiego burmistrza miejscowości Brunona Kurzbacha. Zginął, bo na wieść o zbliżającej się do Wrocławia Armii Radzieckiej w 1945 roku uciekł do Strzegomia.
( dopisek autora strony: na wieść o zbliżających sie Rosjanach wywiózł rodzinę do Strzegomia a sam powrócił do Brockau) .Co prawda wrócił, jednak już tylko po wyrok.
Jeszcze gorzej wyglądało wyzwolenie Brochowa.
Rosjanie słysząc o niemieckich pociągach transportowych ginących tu z pola widzenia i wyjeżdżających dzięki tajemniczemu tunelowi dopiero w koszarach na Ołtaszynie postanowili zniszczyć stację. Niestety, większość zrzuconych w nocy bomb podczas dywanowych nalotów nie trafiała w stację, tylko w budynki naokoło niej. Z tego powodu runęły wszystkie najładniejsze kamienice przy Breslauerstrasse. Zachowały się tylko budynki z dala od stacji.
Mimo ogromnych zniszczeń Brochów od razu po wyzwoleniu stał się najważniejszą kolejową stacją na Dolnym Śląsku. Zawdzięczał to zniszczeniom torów na i przed każdą wrocławską stacją. Ani do jednej z nich nie można było dojechać. Zniszczenia były tak poważne, że nawet zwycięska Armia Czerwona jadąc w kierunku Legnicy omijała Wrocław przez stację Brochów. Dlatego wszystkie pociągi, w tym te z repatriantami, zatrzymywały się tutaj.
"Na Brochowie pracowałem od 1946 roku. Pamiętam, nie było łatwo. Stacja była przejezdna, ale bardzo mocno zniszczona. Do tego stopnia, że wieczorami w obawie o nasze życie broniąc nas przed bandami czyhającymi w ruinach, czasami do domów odprowadzali nas strażnicy kolejowi." - wspomina Stefan Mrozowski, dzisiaj 85-letni maszynista.

Kolejna zmiana nazwy.

Breslauerstrasse powoli podnosi się z wojennych zniszczeń. Zmienia nazwę na Wrocławską. Z ulicy znika też zalegających gruz. Sprzątanie po wojennej zawierusze trwa jednak kilka ładnych lat.

"Jeszcze ja widziałam, jak robotnicy męczyli się z rozebraniem ruin kilkupiętrowych kamienic niedaleko dworca - wspomina Gracjana Kasztan, która do Brochowa przyjechała w 1950 roku.
 "Widać było, że budynki przy Mościckiego były naprawdę solidnie zrobione" - dodaje.

W 1951 roku Brochów przestaje być samodzielną miejscowością i staje się wrocławskim osiedlem. Po roku po raz kolejny zmienia się nazwa ulicy. Tym razem na 22 lipca.
(dopisek autora strony:  Wrocławska - (odcinek od ulicy Topolowej do Semaforowej) od 1945 roku do 1950 roku, w okresie 1950 - do 22 grudnia 1952 roku cześć ulicy nosiła nazwę Przyjaciół Żołnierza - od wiaduktu, od 23 grudnia 1952 roku do 1 stycznia 1992 roku nosi nazwę 22 Lipca, odpowiadała dawnej Breslauerstraße). W tym czasie na Brochowie osiedlają się kolejni repatrianci. Przybywa też Cyganów. Ulica jak przed wojną pozostaje w cieniu stacji kolejowej i węzła towarowego. Zmienia się tylko jej nazwa - w 1992 roku na Ignacego Mościckiego. Choć po wojnie podniosła się z gruzu, do dzisiaj nie odzyskała przedwojennego blasku.

Przemysław Ziółek - dziennikarz "Słowa Polskiego Gazety Wrocławskiej" 17.06.2005 r.
(Przemysław Ziółek)

tekst pobrany ze strony TPB (Towarzystwa Przyjaciół Brochowa)


Nadal czują się brochowianami


Węzeł kolejowy podupadł, zamiast pięknych willi są nowe osiedla, ale - choć klimat starego Brochowa odszedł nieco do lamusa - nowi integrują się ze starymi, a nikt wyjeżdżać stąd nie chce - pisze Jakub Horbaczewski.
Pożółkła fotografia stacji rozrządowej z 1934 roku robi wrażenie. Setki krzyżujących się szyn, a wokół morze wagonów. Jeszcze na stacji Brockau. Nie Breslau - Brockau, bo Brochów bardzo długo był odrębnym miastem.  Ostatniego polskiego burmistrza miał do 1951 r. Ostatniego niemieckiego, Bruno Kurzbacha, rozstrzelali naziści. Jak wielu innych, za „szerzenie defetyzmu”.
Z „Panoramą' obok
„Bitwa o Brochów” nie trwała dłużej niż cztery lutowe dni 1945 roku. Broniąca się tam 609. dywizja piechoty musiała ustąpić nawale krasnoarmiejców, ale prawdziwe spustoszenie poczyniły radzieckie samoloty. Miały zbombardować stację rozrządową, jednak bomby rzucały gdzie popadnie. Dzieła zniszczenia dopełnili Sowieci wywożąc maszyny, a i nowa, polska władza w Brochowie widziała głównie rezerwuar cegieł dla odbudowy istotniejszych propagandowo celów. Z węzła kolejowego Sowieci ustąpili latem 1945 r. Mało kto wie, że niedługo później to właśnie tam trafiła Panorama Racławicka. Dwa lata przeleżała w magazynie kolejowym przy ul. Chińskiej. Węzeł brochowski do dziś jest jednym z większych w Europie, ale mieszkańcy na co dzień częściej widzą dworzec. A ten raczej straszy niż cieszy wzrok. - Kolej mówi, że go wyremontuje. Przydałoby się, bo przecież zbliża się Euro, a co chcemy pokazać jadącym od strony Krakowa kibicom? - pyta Marek Sadowski, przewodniczący rady osiedla.
Integracja z nowymi
Brochów nigdy nie miał więcej niż 5 tys. mieszkańców. Zmianę przyniosły ostatnie lata. Przy Semaforowej, pomiędzy Jagodnem a starym Brochowem, powstało osiedle Parkowe. Taki nowy Brochów. Firma Descont postawiła tam 11 budynków. Kolejne dwa staną przy Tatarskiej, a są jeszcze działki pod budownictwo jednorodzinne.
Obecny Brochów to już nie 5 a 7 tys. mieszkańców. - Nie da się ukryć, że osiedle utraciło przez to nieco ze swego klimatu - mówią brochowianie.
Ale takich konfliktów jak na Stabłowicach, gdzie „starzy' nie życzyli sobie 6-piętrowych bloków pod bokiem, nie widać. - Mamy szczęście, bo plan zagospodarowania przestrzennego nie dopuszcza zabudowy wyższej niż 4-piętrowa - wyjaśnia Sadowski.
Zamiast konfliktów, starają się integrować ludzi. Są wspólne imprezy, był turniej siatkarski, gdzie mieszkańcy TBS-ów wystawili własne drużyny. Prężnie działa Towarzystwo Przyjaciół Brochowa. Siedzibą jest zabytkowa wieża wodociągowa przy ul. Warszawskiej. Powstała w 1903 roku, towarzystwu została oddana 10 lat temu. Wcześniej, własnym sumptem, mieszkańcy obiekt odnowili. Teraz organizują wystawy i pokazy, a wieża nigdy nie stoi pusta.
Romani Bacht
Czyli „Cygańskie szczęście”. Tak nazywa się romskie stowarzyszenie. Bo gdzieś pomiędzy brochowianami z urodzenia a szukającymi tam swego miejsca na ziemi są brochowscy Romowie. Jak mówią twórcy Romani Bacht, ich celem jest pełne uczestnictwo Romów w życiu miasta. Edukacja to pierwszy krok.
- Mamy u nas piętnaścioro romskich dzieci, uczą się wspólnie z innymi - mówią nam w SP nr 80 przy Polnej. Czy Romowie sprawiają problemy? - Bzdura -ucinają krótko. - Nigdy nie było u nas wrogości. Jeżeli ktoś przyjeżdżał bić Cyganów, to z miasta. Nigdy miejscowi - mówi radny.
Kanalizacja i prąd
Wyjeżdżać z Brochowa nikt nie chce. Ale arkadii też nie ma. Podobnie jak kanalizacji w centralnej części osiedla. - Czy to nie wstyd, w samym środku miasta?
- pyta pani Maria z Chińskiej.
Drugim problemem jest stan głównej ulicy. Na Mościckiego miejscami droga po prostu się rozsypała. - Mamy obietnicę, że do końca roku miasto wyremontuje jej część - mówi radny Sadowski. Tyle że nowy asfalt przydałby się na całej długości.
Osobną sprawą jest prąd. A raczej awaryjność sieci. Ostatniej zimy dwukrotnie awarie dezorganizowały życie mieszkańców m. in. Koreańskiej i Tybetańskiej. Energetycy mówią, że problem nie dotyczy transformatorów. Bo te są na ich terenie i naprawić mogą je szybko. Gorzej z siecią, biegnącą często przez prywatne tereny. - Zamiast naprawiać, grzęźniemy często w papierach
- mówi Anna Wojcieszczyk z Energii Pro. Ale energetycy wykorzystują momenty, gdy prowadzone są większe budowy. Czy już niebawem kłopoty z zasilaniem odejdą do historii?


Polska Gazeta Wrocławska
dodatek Wrocław 20-05-11 DZ. / Nr 116
http://www.romowie.info/post/nadal-czuja-sie-brochowianami/527



"Breslauer Neueste Nachrichten" z 3 marca 1927 roku


Gazeta była ukryta w dawnej świetlicy na dworcu. W całkiem dobrym stanie zachowała się między innymi jej strona tytułowa, z której można się dowiedzieć, że głównym tematem tego dnia były sprawy międzynarodowe.





Widnieje tam również adres redakcji pisma, która mieściła się na parterze kamienicy przy ówczesnej Weidenstrasse, czyli ul. Wierzbowej. Tam gazeta była również drukowana, w nieistniejącej już części budynku, po którym obecnie została tylko dziura w ziemi widoczna z ul. Kołłątaja.

W dzienniku zachowała się również strona z wierszykiem zatytułowanym "Heimat", czyli ojczyzna oraz przykłady przedwojennej reklamy prasowej, m.in. rysunek długonogiej kobiety zachęcającej do kupna pończoch. Klientów producent przekonuje, że towar jest w niskiej cenie i dobrej jakości, a poza tym właśnie trwa promocja.

http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/51,35751,11124562.html?i=0




Wrocław stolicą Romów. Mieszka ich u nas najwięcej w Polsce. Jak żyją?




W piosence śpiewali: dziś prawdziwych Cyganów już nie ma. Nieprawda! Są! - śmieje się Romka z Wrocławia Bożena Paczkowska. Romowie we Wrocławiu, wbrew pozorom nie mieszkają jedynie na koczowisku przy Kamieńskiego, ale także w Brochowie na Krzykach, przy ul. Żeromskiego i w innych miejscach w całym mieście. Łącznie jest ich ok. 1500, co czyni Wrocław miastem z największą liczbą Romów w Polsce (w całym kraju żyje ich ok. 35 tysięcy).
Na Brochowie polskie dzieci mówią po romsku W stolicy Dolnego Śląska jest kilka grup Romów. Co ich różni? Miejsce z którego pochodzą, to kiedy (w którym wieku) przybyli do Polski, jakie uprawiali profesje. Mamy więc polskich Cyganów nizinnych (inaczej Polska Roma) którzy do lat 60. ubiegłego wieku prowadzili wędrowny tryb życia, Cyganów wyżynnych, podkarpackich (Bergitka Roma) osiadłych tu kilkaset lat temu, Romów Lowari pochodzących z Węgier, oraz Kelderasza - Romów którzy przybyli z Rumunii, gdzie jeszcze do XIX wieku mieli status niewolników. Ta ostatnia grupa to właśnie mieszkańcy koczowiska przy ul. Kamieńskiego. Przez stulecia koczowniczy lud prześladowany w innych krajach znajdował bezpieczne schronienie w tolerancyjnej Polsce. - My tak samo jak Polacy: są np. hanysi i gorole, którzy wzajemnie sobie dokuczają. Warszawiak nie lubi wrocławianina, lub na odwrót. U nas podobnie - opowiada Józef Mastej, prezes Stowarzyszenia Romani Bacht . Dzięki stowarzyszeniu młodzi Romowie czas wolny spędzają m.in w świetlicy wyremontowanej z unijnych pieniędzy. Jest siłownia, stół do ping - ponga, sala koncertowa, a nawet studio nagrań, gdzie kapele grające tradycyjną muzykę nagrywają swoje płyty. Pan Józef jest dumny - cztery lata starań opłaciły się. Młodzi mają co robić, a głupie pomysły nie przychodzą im do głowy. Romowie na Brochów sprowadzili się po drugiej wojnie światowej. Obecnie na tym największym ich skupisku we Wrocławiu mieszkają Romowie Górscy i z grupy Polska Roma. - W naszym bloku od lat w zgodzie żyje 7 rodzin cygańskich i 7 rodzin polskich. Nasze dzieci bawią się razem na podwórku, a polskie dzieci podłapały już nasz język i świetnie w nim mówią - opowiada Bożena Paczkowska. Język to coś, co łączy wszystkich Romów. Romani pochodzi z rodziny języków indoeuropejskich (to z Indii w X wieku przywędrowali do Europy Romowie) i nie ma nic wspólnego z językiem rumuńskim. Poszczególne dialekty różnią się między sobą do tego stopnia, że nawet we Wrocławiu mieszkańcy różnych osiedli mają problem w dogadaniu się. - W domu między sobą mówimy tylko po romsku. Ale są rodziny, gdzie dzieci nie znają swojego języka. Jak tak można? - zastanawia się Józef Mastej. Czuwanie przy łóżku denerwuje lekarzy Kolejna rzecz, która łączy wszystkich Romów to życie w grupie. Budują oni mniejsze i większe społeczności, dlatego też masowo osiedlili się np. na Brochowie. Na każdym kroku podkreślają przywiązanie do romskiej etniczności, swojej grupy a przede wszystkim do rodziny. - Nasza społeczność trzyma się razem. Ufamy sobie. U nas nie zamyka się drzwi od mieszkania na klucz. Ważne jest także, by dzieci od małego uczyły się, że ojca i matkę trzeba szanować. Nie wolno się im sprzeciwiać - mówi Józef Mastej.

Gdy przychodzą święta, zjeżdża się tylko najbliższa rodzina pana Józefa - czyli z jego strony (nie licząc rodziny żony) jakieś 130 osób. Święta Cyganów są huczniejsze i trwają dłużej, niż rdzennych Polaków. Chrzciny, komunie, śluby trwają nawet tydzień. Wtedy na stołach pojawiają się tradycyjne potrawy - różne rodzaje mięs, zazwyczaj ostro przyprawionych. Także pogrzeby trwają po kilka dni, kiedy to liczni członkowie rodziny wspierają pogrążonych w smutku najbliższych. GR("wstawReklame","srodek1"); Silna jest tradycja czuwania przy łóżku chorego. Stąd w sierpniu zeszłego roku w szpitalu MSWiA przy ul. Ołbińskiej pojawiały się liczne grupy Romów, którzy po kilkanaście osób chcieli dzień i noc czuwać przy łóżku chorej Cyganki. Pacjenci i personel szpitala uskarżali się wtedy na nadmierny hałas. Romski król zdecyduje No właśnie, Cygan - słowo w mediach często unikane, jako rzekomo sugerujące rasizm autora. Czy słusznie? Nie. - Dla mnie nie ma w nim nic obraźliwego, choć oczywiście zależy, kto i w jaki sposób go używa - tłumaczy Bożena Paczkowska. - Starsi nie mają z nim problemu. Ale wielu młodszych uważa je za wyzwisko, chcą być nazywani tylko Romami. Romowie to w większości katolicy, choć zdarzają się przedstawiciele np. Świadków Jechowy. - Ale o ateiście nie słyszałem. Taka osoba byłaby nie do pomyślenia, od razu wyklęta ze społeczności - mówi Józef Mastej. Bo ze społeczności romskiej można zostać wyrzuconym. O tym, kto jest wyklęty, decyduje starszyzna - najstarsze osoby w danej społeczności. Cieszą się dużym szacunkiem, rozwiązują spory w grupie. Ich decyzją wyklęta może być np. osoba, która sprzeciwia się rodzicom. Ale skalanym może być też ktoś, kto wykonuje nieczyste zawody - takie jak policjant czy sędzia (bo Romowie nie powinni sądzić swoich braci) czy pielęgniarka, lekarz lub sprzątaczka (bo ma kontakt z płynami ustrojowymi). Wyklętym można być na miesiące, lata, a nawet na całe życie. - To straszna kara, bo życie poza społecznością jest dla nas nie do wyobrażenia. Taka osoba nie jest zapraszana na święta, w skrajnych przypadkach nie może wejść do domu swojej rodziny. Gdyby na przykład odwiedził mnie mój brat, który jest skalany, musiałbym wyrzucić szklankę, z której pił. Nikt inny nie mógłby z niej korzystać - opowiada pan Józef. W skrajnych sytuacjach decyzje podejmuje Szero Rom, potocznie nazywany cygańskim królem. To zwierzchnik romskiej społeczności z grupy Polska Roma. W Polsce Szero Rom żyje pod Warszawą i to do niego przyjeżdżają Romowie z Brochowa i całej Polski, kiedy potrzebują sędziego w dużym sporze. Porwanie ukochanej i cygański ślub Wbrew stereotypowi, większość romskich dzieci uczy się w polskich szkołach. Wśród młodych wciąż żywą tradycją są cygańskie śluby, łączące się z porwaniami. Jeśli rodzice nie chcą się zgodzić, młodzi chłopcy mający po 16, 17 lat (a zdarza się, że młodsi), "porywają" - za ich zgodą - swoje, jeszcze młodsze od nich ukochane. Kiedyś porywało się na koniach, dziś młodzi podjeżdżają po swoje dziewczyny taksówkami, po czym razem spędzają noc (nierzadko nielegalnie, bo w polskim prawie seks z dziewczyną poniżej 15 lat to przestępstwo). Wtedy rodzice młodych nie mogą się nie zgodzić na ślub. - Dziewczyna do 18 roku życia jest pilnowana przez rodzinę, matkę. Nie chodzi sama nawet do sklepu, o dyskotece nie ma mowy. Ale gdzie dzisiaj, w dobie komórek, upilnujesz młodych! Dziewczyna pójdzie wyrzucić śmieci, zgada się z ukochanym i tyle ją rodzice widzieli! - opowiada Bożena Paczkowska. Rodzice młodych muszą spotkać się na zrękowiny. Ustalają szczegóły małżeństwa. Podczas cygańskich ślubów ręce młodych wiązane są chustą, a młodzi deklarują, że chcą razem spędzić życie. -Teraz poza romskim ślubem młodzi biorą także ślub cywilny i kościelny. Zadbałem o to, by tak było w wypadku moich dzieci - mówi Józef Mastej. Młodzi długo po ślubie mieszkają jeszcze u rodziców męża. Skoro był ślub, muszą być i dzieci. Romskie rodziny są zazwyczaj bardzo liczne, a dziewczyny zostają młodymi matkami. Krótkie spodenki - zakazane W powszechnej, jak się okazuje słusznej, opinii Romowie są bardzo muzykalni, dlatego nie brakuje cygańskich kapel. Wśród obowiązkowych instrumentów znajduje się gitara, skrzypce, kontrabas, akordeon, ostatnio także keyboard. - Mamy świetne głosy i naturalnie potrafimy pięknie śpiewać - mówi Bożena Paczkowska. Wielu Romów żyje zresztą z muzykowania. Innym popularnym zajęciem jest handel. Spora grupa Romów wyjechała za chlebem na zachód. - Ciężko znaleźć Romowi pracę w Polsce - mówi Ewelina Paczkowska, synowa pani Bożeny. - Polacy nie chcą nas zatrudniać, często są uprzedzeni. Jej mąż zajmuje się handlem, ona wychowuje dzieci. Twierdzi, że życie młodych Romów nie różni się zbytnio od życia innych Polaków.

Mam koleżanki, które nie są Romkami i nie wydaje mi się, by nasze życie bardzo się różniło. Może o tyle, że dla nas ważniejsza jest rodzina, najbliżsi. A teraz młode kobiety nastawione są na karierę często kosztem rodziny. W wolnym czasie chodzimy na przykład do kina, choć zazwyczaj we własnej grupie. Zwyczaje nakazują Romce zakładać długie spódnice, mężczyzna nigdy nie pojawi się w krótkich spodenkach.
- Musi wyglądać elegancko i schludnie - mówi Józef Mastej. Głowa rodziny jest jedna Paweł Bil z ulicy Żeromskiego słuchając o romskich tradycjach kręci z dezaprobatą głową. - Wiele z nich jest w naszym domu nie do pomyślenia. Rodzina Bilów przyjechała do Wrocławia blisko 20 lat temu, od kilku lat mieszka przy ul. Żeromskiego. To przedstawiciele Bergitka Roma, choć ich zwyczaje różnią się od tradycji Romów z Brochowa. - Nie zgadzamy się na porwania córek. Jak 14 - latka może wychodzić za mąż? - zastanawia się Danuta Bil. Razem z mężem wychowują 10 dzieci. - Przestrzegamy polskiego prawa. Nasze dzieci chodzą do szkoły. Nie stoi nad nami żadna starszyzna ani Szero Rom. I nie uznajemy żadnych zawodów za nieczyste - tłumaczy Danuta Bil. Ojciec rodziny do niedawna pracował na wrocławskim lotnisku. Teraz szuka pracy. - Nie może być tak, by mężczyzna dłuższy czas nie pracował. Tradycja nakazuje, by to on utrzymywał rodzinę - wyjaśnia. Najmłodsze dziecko państwa Bil - Odys chodzi do zerówki, najstarsza córka Roksana do czasu urodzenia syna pracowała w Punkcie Przedszkolnym. Część z dzieci w tym roku wybiera się na kolonie, a cała rodzina licznie stawi się na dolnośląskiej olimpiadzie romskiej w Kłodzku. Ja już spodni nie założę Mimo pewnych różnic, rodzina zachowuje tradycje swojej nacji. W domu mówi się w romani, święta to wielki zjazd rodzinny, a dzieci są winne rodzicom bezwzględne posłuszeństwo. Dziewczynki chodzą w spodniach - ale tylko do momentu wyjścia za mąż. - Ja już spodni nie założę, tylko spódnicę - tłumaczy Danuta Bil. Romowie z Żeromskiego mają żal do "kuzynów" z koczowiska przy Kamieńskiego. Przez to, że żebrzą, psują opinie pozostałym Romom, bo wielu wrocławian wszystkich Cyganów wrzuca do jednego worka. Nie rozumieją, że większość z nich pracuje, płaci podatki i uczy się tak jak rdzenni Polacy. Rodzinie Bilów dużo czasu zajęło zaprzyjaźnienie się z sąsiadami. Teraz ich dom przypomina dworzec kolejowy - drzwi się niemal nie zamykają, kolejni goście wchodzą i wychodzą. Ale nie zawsze tak było. - Dawno temu chłopaki z sąsiedztwa byli do nas wrogo nastawieni, doszło nawet do bójki z mężem. Teraz jak nas widzą, z daleka krzyczą dzień dobry. I powtarzają kolegom - zostawcie ich w spokoju, to są nasi Romowie! - śmieje się Danuta Bil.

Bartosz Józefiak, 2013-04-25

http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/878286,wroclaw-stolica-romow-mieszka-ich-u-nas-najwiecej-w-polsce-jak-zyja,3,id,t,sa.html

Pochodzisz z Wrocławia? Nie! Z Brochowa


Trudno znaleźć osiedle, gdzie byłoby więcej skrajności. Obok rozpadających się bloków – nowoczesne budynki. Obok pięknego parku – ruiny. Odwiedziliśmy wrocławski Brochów.




Brochów to przede wszystkim ogromne tereny kolejowe z jednym z największych dworców towarowych w kraju. Większość kamienic stanowią mieszkania dla pracowników PKP, prawie każdy ma tu w rodzinie kogoś pracującego na kolei. Ale Brochów czasy świetności ma już za sobą. Po masowych zwolnieniach w PKP bezrobocie wśród mieszkańców znacznie wzrosło. Brochów jak jedna rodzina Wiele osób znalazło sobie inne zajęcie, bo dzięki pracy na kolei są np

doświadczonymi elektrykami
mówi 20-letnia Justyna, która całe życie mieszka na tym osiedlu. Justyna zna doskonale swoich sąsiadów. Bo Brochów to jak osobne miasteczko we Wrocławiu opowiada. Mieszkają tu wielopokoleniowe rodziny, dzieci wyprowadzają się od rodziców, by zamieszkać tuż obok opowiada Ewa Kowalczyk, dyrektor Przedszkola nr 51 przy ul. Semaforowej. Do niedawna społeczność na Brochowie była mocno hermetyczna. Jak jedna wioska, gdzie wszyscy wszystkich znają i doskonale wiedzą, co słychać u sąsiada. Tutaj dziecko zapytane, skąd pochodzi, odpowiadało, że z Brochowa. Wcale nie z Wrocławia. Dzięki nowym mieszkańcom to się częściowo zmienia, ale powoli dodaje pani dyrektor. Łatwo się zorientować, że mówi m.in. o ludziach, którzy zamieszkali na luksusowych osiedlach domów wielorodzinnych i w TBS-ach. Michał Kucharski wprowadził się tu trzy lata temu. Zadecydowała niska cena mieszkań. Ale ważna jest też okolica. Dużo zieleni i ładny park Brochowski to dla mnie atuty. Gdyby jeszcze dojazd był lepszy... wzdycha.

Mieszkańcy przyznają, że na Brochowie są niebezpieczne miejsca. Na przykład okolice hotelu socjalnego przy ul. Koreańskiej. Lokatorzy kamienic przy ul. Chińskiej, gdzie mieszkają też Romowie, narzekają na nocne hałasy. Gdy budowano pierwsze TBS-y, materiały budowlane ginęły tam na potęgę. Ale poza tym jest spokojnie, a niesamowite opowieści można włożyć między bajki.
Przeprowadziłam się tu dwa lata temu i nigdy nic złego mnie nie spotkało opowiada Dominika Zakrzewska.
Uwielbiam klimat tego miejsca. Razem ze znajomymi chcemy namalować tu wielki mural, żeby trochę odczarować to miejsce. Bo niesprawiedliwie ma złą opinię podkreśla. Zofia Karpińska, która mieszka tu od 60 lat, twierdzi, że okolica zmienia się, ale... na gorsze. Jest tu straszny bałagan. Przy chodnikach rosną chwasty, walają się śmieci, odrapane klatki wyglądają okropnie, a z zewnątrz nie lepiej. Kiedyś ludzie bardziej dbali o swoją okolicę. Młodszym już tak nie zależy, a administracja nic tu nie robi. O remontach nie ma co wspominać. Zapomnieli o nas narzeka wrocławianka. Mieszka w zniszczonej kamienicy przy ul. Chińskiej, obok romskich rodzin. Zawsze żyliśmy w zgodzie. Myślę, że jak się kogoś szanuje, to on ci to oddaje. Mali Romowie zawsze mówią „dzień dobry”, pomagają nosić zakupy opowiada. Tu wszyscy chodziliśmy do jednej szkoły, bawiliśmy się na tym samym podwórku: Romowie i pozostali. Znamy się bardzo dobrze dodaje 20-letnia Justyna.

Osiedle szczyci się nowym przedszkolem, oddanym w lutym tego roku. Wykonawca tak przygotował budynek, by był on jak najwygodniejszy dla dzieci. Dlatego sale są maksymalnie wyciszone. Ale na przedszkolu miejskie inwestycje się kończą. Zniszczone budynki, krzywe chodniki i dziurawe ulice wołają o pomstę do nieba.
Na Brochowie bardzo brakuje miejsc, gdzie można by spędzić czas wolny. Potrzeba tu osiedlowego domu kultury czy chociażby jakiejś świetlicy. Brak jest zajęć sportowych. Dzieciaki nie mają co robić twierdzi dyrektor przedszkola. Osobowa stacja kolejowa ma odnowiony budynek, który w środku świeci pustkami. Liczba połączeń kolejowych jest niewielka. Mieszkańcom doskwiera też brak sklepów. Jedna Biedronka to za mało. Miał tu kiedyś stanąć Lidl, ale nic z tego nie wyszło mówi Agnieszka Sochań. Ona również mieszka tu przez całe życie. Jej dziadek, oczywiście, pracował na kolei. I mimo wszystko nie zamieniłabym tego osiedla na żadne inne dodaje.

14.05.2014  autor Bartosz Józefiak

http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3435303,pochodzisz-z-wroclawia-nie-z-brochowa,id,t.html


Ratusz na Brochowie ma być odnowiony. Tylko, czy znajdą się na to pieniądze?


Budynek ratusza z 1908 roku będzie znowu wizytówką Brochowa. W planach jest odnowienie gmachu i naprawa zegara
.



Brochowski ratusz po wielu latach wrócił do miasta. Wcześniej obiekt był użytkowany przez Polskie Koleje Państwowe, które nie miały jednak na ten zabytkowy gmach pomysłów. Teraz będzie inaczej. - Mamy pomysł, aby w naszym ratuszu znowu coś się działo - mówi Barbara Wosik, szefowa rady osiedla. Plan rewitalizacji budynku zakłada też naprawę zegara. Wyburzona ma być szpecąca gmach przybudówka.  Chcemy, aby w budynku miała siedzibę rada, ale przede wszystkim, aby działała w nim świetlica, w której organizowane byłyby wydarzenia kulturalne. Powstałaby tu też siłownia. Chcemy również wynajmować część odnowionych pomieszczeń firmom, które mogłyby mieć w ratuszu swoje biura - opowiada przewodnicząca Wosik. Przypomnijmy, że dawniej w ratuszu mieściła się przychodnia zdrowia dla pracowników kolei. Jednak, już ponad dziesięć lat temu, lekarze wyprowadzili się stamtąd. Od tego czasu budynek stał zupełnie pusty. Dodajmy, że plan rady osiedla nie zostanie zrealizowany w najbliższym czasie. Na rewitalizację budynku potrzebnych jest kilka milionów złotych. Co prawda urząd miejski obiecał pomoc, ale na razie będzie to zaledwie kilkaset tysięcy złotych. Generalny remont zabytku rozpocznie się najpewniej w przyszłym roku. Skąd na Brochowie ratusz? Jeszcze po zakończeniu II wojny światowej urzędował tu burmistrz. Do 1950 roku dzisiejsze osiedle Brochów miało bowiem status miasta. Prawa miejskie miasteczko uzyskało w 1939 roku, a sama siedziba władz Brochowa (niem. Brockau) pochodzi z 1908 roku.

24.06.2014  autor  Marcin Torz
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3482963,ratusz-na-brochowie-ma-byc-odnowiony-tylko-czy-znajda-sie-na-to-pieniadze,id,t.html

Legionella w bloku na Brochowie. Zakręcili ludziom wodę, mają korzystać z toalet toi-toi


W bloku socjalnym przy ul. Koreańskiej 1 na wrocławskim Brochowie mieszkańcom odcięto - do odwołania - dopływ bieżącej wody. Wprowadzono zakaz korzystania z domowych toalet, a na trawniku przed budynkiem postawiono 5 przenośnych toalet toi-toi. Według mieszkańców wszystko zaczęło się od pojawienia się bakterii legionelli. Gdy pod koniec października jeden z lokatorów bloku trafił do szpitala z podejrzeniem zapalenia płuc, podobno wykryto u niego obecność tej bakterii. Od tego czasu w budynku przy Koreańskiej zaczęły się liczne kontrole. Jeszcze w październiku na miejsce przyjechali pracownicy Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w sprawie "podejrzenia obecności" legionelli.   W piątek, 14 listopada, pojawiła się informacja, że przez weekend w kranach nie będzie ciepłej wody. Następnie w poniedziałek podano komunikat, że od środy, 19 listopada, zostanie zakręcona także zimna woda. Powodem mają być prace konserwacyjne instalacji wodnej w bloku. Mieszkańcy są zaniepokojeni. - Wiemy, że bakteria legionelli ginie w temperaturze 60 stopni Celsjusza, wystarczyłoby więc odkręcić gorącą wodę. Sami moglibyśmy też zdezynfekować krany chlorem, ale skoro zakręcają nam nawet zimną wodę, to musi chodzić o coś poważniejszego - powiedziała nam pani Ewa, która nie chce ujawniać nazwiska z obawy przed problemami w pracy. Od środowego poranka trwały kolejne kontrole. - Ogólnie to mamy tu czeski film. Nikt nic nie wie, dostaliśmy tylko informację, że jeśli nie otworzymy drzwi, to policja je wyważy - dodaje pani Ewa. - Mają wykręcać nam sitka z kranów i słuchawki prysznicowe. Zabiorą je ze sobą do dezynfekcji. Rzecznik sanepidu Magdalena Mieszkowska przyznaje, że w przypadku wykrycia legionelii wykręca się sitka z kranu i słuchawki prysznicowe. Dodaje jednak, że mieszkańcy powinni zostać poinformowani przez zarządcę budynku o okolicznościach i działaniach prowadzonych w bloku. Tymczasem mieszkańcy mówią, że nikt ich o legionelli nie informował. Gdy byliśmy wczoraj w budynku przy ul. Koreańskiej, żaden z pracowników zarządcy - Spółki Wrocławskie Mieszkania - nie chciał z nami rozmawiać. Dostali oficjalny zakaz udzielania jakichkolwiek informacji. Sytuacja mieszkańców jest dramatyczna. W budynku mieszka około 130 osób, w tym ok. 10 dzieci w wieku do 7 lat. Wszyscy muszą korzystać z przenośnych toalet (5 kabin) ustawionych na zewnątrz budynku. - Pan sobie wyobraża, co się stanie, jeśli małemu dziecku zachce się do toalety w środku nocy? - żali się jedna lokatorek. - Zakręcili nam wodę w kranie i powiedzieli, byśmy korzystali z przenośnych toalet na podwórzu - mówi Jan Kryjom, jeden z mieszkańców bloku socjalnego. Wodę pitną ma zapewniać mieszkańcom beczkowóz. Ma przyjeżdżać dwa razy dziennie, o godzinach 8 i 17. Uciążliwe "prace konserwacyjne" to niejedyny problem mieszkańców bloku przy ul. Koreańskiej 1. Niepewna jest także ich przyszłość. Jan Kryjom przyznaje, że nieoficjalnie mówi się, iż do ich budynku mają się wprowadzić mieszkańcy z bloku socjalnego przy ul. Mieleckiej, bo tamten idzie do remontu. - Nie wiadomo, jak się tutaj wszyscy pomieścimy - mówi. Pani Ewa dodaje, że administracja już dawno rozważała przeniesienie mieszkańców bloku z ulicy Koreańskiej, ale nie wiadomo, gdzie miałaby ich ulokować. - Oni nie wiedzą, gdzie nas przenieść, a ja już teraz mogłabym im wskazać co najmniej 10 miejsc na samym Brochowie - komentuje kobieta. Do sprawy mieszkańców bloku przy ul. Koreańskiej będziemy wracać.


2014-11-21 Michał Miazga
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3655608,legionella-w-bloku-na-brochowie-zakrecili-ludziom-wode-maja-korzystac-z-toalet-toitoi,id,t.html

Mieszkańcy Brochowa nadal toną w kłopotach


Problemy z dostawą bieżącej wody i zalana piwnica. Przeciąga się walka z bakterią legionelli. Czy rychło zniknie z Koreańskiej? Mieszkańcy bloku socjalnego przy ul. Koreańskiej żyli jak w XIX wieku - bez bieżącej wody i toalet w mieszkaniach. O sprawie napisaliśmy w ostatni piątek. Sytuacja miała wrócić do normy w sobotę, jednak ze względu na wycieki wody z rur nastąpiło kilkudniowe opóźnienie w dostawach wody. Dopiero we wtorek z kranów popłynęła zimna woda, usunięto też przenośne toalety sprzed budynku. Na zewnątrz podłączono prowizoryczny hydrant.

Jeden z mieszkańców, pan Darek, żali się, że w godz. 8-15 nie ma wody. Mieszkańcy skarżą się także na zalaną piwnicę. Jak tłumaczy Rafał Bernasiński - rzecznik spółki Wrocławskie Mieszkania - trwa montaż baterii w lokalach i podczas prowadzonych prac konieczne są chwilowe wyłączenia dostaw wody na poszczególnych piętrach. Tłumaczy, że zwłoka w dostawach wody była związana z drobnymi wyciekami, które na bieżąco były naprawiane. - Prace prowadzone w budynku to spore przedsięwzięcie i awarie mogą się zdarzyć - dodaje. Ciepła woda ma popłynąć z kranów do piątku. Przypomnijmy, że legionella może wywoływać legionellozę - ciężkie zapalenie płuc. Bakteria przebywa w mokrych i wilgotnych środowiskach. Przenosi się w aerozolu wodno-powietrznym, czyli w parze, która wytwarza się w momencie ujścia wody z kranu lub słuchawki prysznicowej. Do zakażenia dochodzi w momencie kontaktu bakterii z błoną śluzową człowieka. Nie możemy się zatem zarazić na przykład przez mycie rąk. Kiedy zostaną zamontowane wszystkie baterie, sanepid ponownie zbada wodę. Jeśli kolonie legionelli nadal będą występować w zbyt dużych ilościach, cała procedura zostanie powtórzona.


2014-11-26  Michał Miazga
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3661902,mieszkancy-brochowa-nadal-tona-w-klopotach,id,t.html?cookie=1

Ksiądz po kolędzie zbiera oświadczenia: Ile pieniędzy dasz parafii. Można płacić kartą


Wrocławianie z Brochowa mają podczas tegorocznej kolędy złożyć na piśmie oświadczenia, ile pieniędzy wpłacą na rzecz parafii i w jakich ratach. To pomysł księdza Jana Kleszcza, proboszcza parafii Świętego Jerzego, Męczennika i Podwyższenia Krzyża Świętego. Można wybrać miesięczny, kwartalny lub półroczny system płatności, albo całą zadeklarowaną kwotę wpłacić od razu. Dla ułatwienia ksiądz uruchomił system płatności elektronicznych - zadeklarowaną kwotę można zapłacić na stronie parafii. Druki oświadczeń ministranci przynoszą do domów parafian w przededniu wizyty księdza. Wypełnione deklaracje należy oddać kapłanowi podczas wizyty duszpasterskiej. Wierni z Brochowa się podzielili. - Czy w kolędzie chodzi już tylko o pieniądze? Czy jeśli nie zadeklarujemy wpłaty, ksiądz nie ochrzci nam dziecka - pytają jedni. - Nasz kościół czeka remont, ksiądz chce po prostu zaplanować wydatki - bronią pomysłu inni. Na co proboszcz chce przeznaczyć pieniądze od wiernych? Jak się z nich rozliczy? Czy przedstawi parafianom sprawozdanie finansowe? Te pytania chcieliśmy zadać proboszczowi z Brochowa. Ale nie chciał z nami rozmawiać o pieniądzach.

- To wewnętrzna sprawa parafii! Dlaczego się tym interesujecie - dopytywał ksiądz Jan Kleszcz. - Tak jak każdy dom, my również, mamy na Brochowie swoje ustalenia, które nie powinny nikogo interesować - dodał kapłan. Czy opłaty są obligatoryjne? - Obligatoryjnie każdy z nas kiedyś umrze - odrzekł proboszcz.




W kurii bronią pomysłu księdza. Ale krytykują chowanie głowy w piasek. - Jest to rodzaj pewnej ankiety, na podstawie której proboszcz chciał się zorientować, czy może rozpocząć pewne inwestycje dotyczące remontu obiektów parafialnych - mówi ksiądz Rafał Kowalski, rzecznik wrocławskiej kurii. - Wypełnienie takiej ankiety jest dobrowolne i na pewno za brak jakiejkolwiek deklaracji nie grożą żadne konsekwencje - dodaje ksiądz Kowalski. Przyznaje jednak, że emocje niektórych mieszkańców mogły się wziąć z braku komunikacji. - Dobrze byłoby, gdyby proboszcz wcześniej, przed rozdaniem ankiet, poinformował mieszkańców, porozmawiał z radą parafialną, wytłumaczył co chce zrobić i dlaczego - mówi ksiądz Kowalski. Przyznając, że z powodu braku takiej informacji, niektórzy parafianie mogli odnieść wrażenie, że są do czegoś przymuszani. - Jeżeli proboszcz zbiera datki na określony cel, to bez wątpienia dobrym zwyczajem jest, jeżeli potem się z tego rozliczy. Przedstawi wszystkie koszty. Tak też w parafiach się dzieje. Czy duchowny rozlicza się pieniędzy w urzędzie skarbowym? Duchowni, którzy osiągają przychody z działalności duszpasterskiej, są płatnikami podatku zryczałtowanego. Stawki ryczałtu zależą od liczby parafian.


22.01.2015 Malwina Gadawa
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3724292,ksiadz-po-koledzie-zbiera-oswiadczenia-ile-pieniedzy-dasz-parafii-mozna-placic-karta,id,t.html

Wrocław: Co z remontem przejścia pod torami na stacji Wrocław Brochów?


Czy kiedykolwiek zostanie wyremontowane przejście podziemne na stacji kolejowej Wrocław-Brochów? A może chociaż zamontowane zostanie tam jakieś oświetlenie? - pyta Anna, nasza Czytelniczka. Sprawą zajął się reporter Gazety Wrocławskiej, Marcin Walków:




Przedstawiciele PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. twierdzą, że remont przejścia podziemnego na stacji Wrocław Brochów miałby odbyć się w 2015 roku. - Zakres planowanych prac objąłby również peron nr 1 i wiatę peronową - mówi Bohdan Ząbek z biura prasowego PLK PKP we Wrocławiu. Pracownicy PKP dziwią i twierdzą, że część pytania naszej Czytelniczki jest nieaktualna. Ich zdaniem w mocno zniszczonym (patrz zdjęcie) przejściu na perony jest zamontowane oświetlenie.
- Sprawdzaliśmy i jest sprawne - zapewnia Ząbek. Pracownicy PKP Polskie Linie Kolejowe, czyli spółki która odpowiada m.in za tory kolejowe i perony, zapewniają, że zależy im na jak najlepszych warunkach dostępu pasażerów do pociągów. - Od dłuższego czasu konsekwentnie poprawiamy obsługę na przystankach i stacjach Wrocławia. Zmodernizowane są już stacje Leśnica i Żerniki. Trwa remont przystanku na Popowicach, Osobowicach i Mikołajowie - dodaje Ząbek. Wrocław Brochów to stacja kolejowa, na której zatrzymują się pociągi na trasie z Wrocławia w kierunku Opola. Zbudowano ją pod koniec XIX wieku, gdy w pobliżu wyrosło spore osiedle kolejowe. Remont stacji rozpoczął się w 2011 roku od budynku. Odtworzono historyczny zegar, odświeżono elewację i sztukaterię, wyremontowano pomieszczenia wewnątrz dworca. Oddano go po remoncie w 2012 roku. Koszt dotychczasowych prac wyniósł 1,8 mln zł.


22.12.2014 Marcin Walków
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3692590,wroclaw-co-z-remontem-przejscia-pod-torami-na-stacji-wroclaw-brochow,id,t.html

Wodne wieże naszych małych wrocławskich miasteczek


Brochów zafundował sobie wodociąg dopiero w 1903 roku, Psie Pole, Leśnica i Karłowice - kilka lat później. W małych miasteczkach wyrosły malownicze wieże ciśnień, które dziś są ozdobą wielkiego Wrocławia


Małe jest piękne, ale trudniej mu się przebić, szczególnie gdy żyje w cieniu dużego. Brochów (niem. Brockau) rósł w cieniu Wrocławia, przez ponad 750 lat był samodzielny i samofinansujący. Najpierw jako wieś, potem osiedle miejskie - z ambicjami, bo już w 1908 roku miał ratusz, a od 1939 roku - prawdziwe miasto. A raczej miasteczko z prawie 9 tys. mieszkańców. Dobrze jest obejrzeć je na przedwojennej fotografii. Porządne kamienice z czerwonej cegły dla kolejarzy, kolonie willowe, dwa kościoły, park, ozdobne place, barokowy pałac wybudowany przez opata augustianów, którzy rządzili Brochowem ponad 600 lat.



Rozwój zawdzięcza kolei - w 1842 roku znalazł się na trasie Wrocław - Oława, a pod koniec XIX wieku zbudowano tutaj dużą stację rozrządową. W wiek XX Brochów wszedł z impetem i z tyloma inwestycjami komunalnymi, że chapeau bas. Szczególnie budowa wodociągów i kanalizacji budzi uznanie.

Pod grzybkiem na Brochowie

Gmina, która w 1902 roku miała około 5,3 tys. mieszkańców, musiała zaciągnąć ponad 200 tys. marek kredytu - niemałe pieniądze, skoro nadzorca maszyn we wrocławskich wodociągach dostawał średnio 4 marki za dniówkę - tymczasem mieszkańcy stanęli okoniem, protestowali przeciwko wielkomiejskim udogodnieniom. Władze przeforsowały jednak inwestycję, rozpisały konkurs i wybrały ofertę wrocławskiego inżyniera Reinholda Mestela. Prace trwały zaledwie dziewięć miesięcy i 7 listopada 1903 roku z wielką pompą uruchomiono brochowską fabrykę czystej wody. Jej produkcja miała wystarczyć dla 8-10 tys. mieszkańców, więc zarząd gminy myślał perspektywicznie. Równocześnie z budową systemu wodociągowego rozpoczęto budowę kanalizacji z oczyszczalnią ścieków. Zobowiązano mieszkańców do instalowania klozetów spłukiwanych bieżącą wodą, więc Brochów

przestał chodzić do "domków z serduszkiem".

Widomym znakiem tych zmian cywilizacyjnych była wieża ciśnień, która wyrosła na 40 metrów przy Winklerallee (nazwa od właściciela parceli, Gustava Winklera, dziś ul. Warszawska). Na starych pocztówkach przedstawiających panoramę Brochowa widać, że znalazła się między nakrytą dwukondygnacyjnym hełmem wieżą rozebranego po 1945 roku ewangelickiego kościoła pw. św. Ducha a wieżą kościoła św. Jerzego. Malownicza, typu grzybek, nawiązująca do wzorów średniowiecznej architektury obronnej, szczęśliwie przetrwała II wojnę światową i została wyłączona z eksploatacji dopiero w latach 70. Brochów był już od 1951 roku częścią Wrocławia, a lokalny wodociąg został włączony do wrocławskiego systemu zaopatrywania w wodę. Wieża ciśnień jest dziś siedzibą Towarzystwa Przyjaciół Brochowa i widocznym znakiem wielkich ambicji małego miasteczka. Dodajmy: bardzo atrakcyjnego dla inwestorów (jak Oporów czy Pawłowice) dzięki niewielkiej odległości od Wrocławia, niskim opłatom za grunty i miejskiej infrastrukturze. Piętnaście pociągów na dobę, wybrukowane ulice, woda w kranie, łazienki ze wszelkimi udogodnieniami .....

autor tekstu: Beata Maciejewska 2015-06-22

http://m.wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,106542,18182729,Wodne_wieze_naszych_malych_wroclawskich_miasteczek.html

Bronią nazw ulic Pionierów i Armii Ludowej


Nie zmieniajcie nazw ulic Pionierów i Armii Ludowej. One w żaden sposób nie propagują komunizmu - apeluje do wrocławskich urzędników profesor Bernard Jancewicz, szef komisji nazewnictwa ulic przy Towarzystwie Miłośników Wrocławia.

To właśnie ta komisja przez lata opracowywała propozycje nazw wrocławskich ulic. Teraz robi to komisja kultury rady miejskiej. Ale działacze Towarzystwa bronią nazw, które mają zostać zmienione zgodnie z nowymi przepisami.
Samorządy mają czas na zmianę nazw ulic do 2 września 2017. Jeżeli tego nie zrobią, zrobi to za nich wojewoda. Instytut Pamięci Narodowej uznał, że we Wrocławiu konieczna jest zmiana nazw ulic Zygmunta Berlinga, 9 Maja, Armii Ludowej, Kujbyszewska i Pionierów, jeżeli w ten sposób chciano upamiętnić Wszechzwiązkową Organizację Pionierską imienia Lenina, nazywaną pionierami.
Ulicy Pionierów broni Towarzystwo Miłośników Wrocławia. Profesor Bernard Jancewicz, przewodniczący komisji nazewnictwa ulic przy Towarzystwie Miłośników Wrocławia napisał w tej sprawie list do przewodniczącego wrocławskiej rady miejskiej. - Nie powinno się zmieniać nazwy ul. Pionierów, ponieważ nazwa ta nie ma nic wspólnego z propagowaniem komunizmu - mówi portalowi GazetaWroclawska.pl. profesor Jancewicz. Przypomina, że niedaleko ul. Pionierów jest także ul. Wiaduktowa i Semaforowa, nazwy te związane są z kolejnictwem.
Nazwa Pionierów miała upamiętnić pionierów kolejnictwa. Kolejarze po wojnie usunęli ze stanowisk niemieckich kolejarzy. Musimy pamiętać, że to właśnie kolejarze mieli znaczącą rolę w odbudowie transportu kolejowego po wojnie - dodaje profesor.
Jancewicz dodaje, że nie powinno się zmieniać także nawy ulicy Armii Ludowej. - Pamiętajmy, że już raz dokonano tam zmiany. Pod koniec lat 80. była ul. Armii Czerwonej. Nie powinniśmy znów ludziom utrudniać życia - mówi przewodniczący komisji nazewnictwa ulic. Według niego jeżeli należy zmienić nazwę ulicy 9 Maja, to na 8 Maja.
O zmianie nazw ulic mówią także partie polityczne. Radni Prawa i Sprawiedliwości proponują, żeby ulicę Armii Ludowej nazwać imieniem Danuty Siedzikówny ps. "Inka, ulicę Berlinga - imieniem Heleny Motykówny ps. "Dziuńka", a ulicę 9 Maja - Tadeusza Różewicza. Z pomysłem PiS nie zgadza się wrocławski Sojusz Lewicy Demokratycznej, który nie chce żadnych zmian.


autor tekstu: Malwina Gadawa 10 marca 2017
http://www.gazetawroclawska.pl/wiadomosci/a/bronia-nazw-ulic-pionierow-i-armii-ludowej,11870702

 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego