Wspomnienia - Brochów na przestrzeni wieków

Idź do spisu treści

Menu główne:

Wspomnienia

Archiwalia

Wspomnienia repatriantów - 1945 rok


Podróż w nieznane

Któregoś przedpołudnia w bardzo słoneczny dzień, pociąg zatrzymał się na torach stacji towarowej, które biegły po wysokim nasypie. Na dole kilka metrów niżej rozciągały się aż po horyzont łąki, a w sąsiedztwie nasypu widać było setki skleconych z byle czego bud, jakiś zadaszeń i kręcących się wśród nich ludzi. Gigantyczne obozowisku cygańskie tylko bez kolorowych wozów i koni. Nad tym obozowiskiem rozpościerały się dymy z ognisk i różnych prymitywnych kuchenek, na których ci koczownicy gotowali dla siebie posiłki. Okazało się, że jest to i dla nas koniec podróży. Nakazano nam w ciągu krótkiego czasu wyładować wszystko, uprzedzając z góry, że  po jego upływie wagony odjadą nie czekając na opieszałych. Była to celowa presja na ludzi, ponieważ zaczęli się buntować, na to, że mamy w takim niedogodnym miejscu zakończyć podróż, a niedogodność polegała na tym, że bagaże trzeba było znosić na dół po stromej skarpie, a ponadto przerażały warunki i  widok miejsca od którego mieliśmy zacząć nowe życie. Ale nie było wyjścia. Nawet nie wiedzieliśmy z początku gdzie dokładnie jesteśmy, a był to Brochów, prawie przedmieście Wrocławia. Pod presją upływającego czasu i groźby, że nie zdążymy rozładować wagonu, wszyscy zabrali się do działania, a polegało ono przede wszystkim na tym, aby znaleźć sobie na tym obozowisku jakieś możliwie dobre miejsce, zgromadzić jak najlepsze "materiały", pozostawione przez tych, którzy wcześniej tu koczowali, do urządzenia własnego obozu. Ogromnego wysiłku wymagało zniesienie na dół po stromej skarpie skrzyń i innych, zwłaszcza ciężkich bagaży, ale najtrudniejszym zadaniem było wyprowadzenie z wagonu krowy, bo nie było przecież żadnej rampy. Udało się to zrobić, ale na drugą stronę wagonu, nie od strony skarpy, przy użyciu różnych ściągniętych na to miejsce desek i bali. Do wieczora byliśmy już jako tako umiejscowieni, po bardzo nerwowej i wyczerpującej pracy Dla mnie podstawowymi obowiązkami w czasie koczowania w tym obozie, było przynoszenie z dosyć odległej stacji wody, oraz pasienie dwa razy dziennie krowy i kozy na łące przylegającej do obozowiska. Te niecodzienne i niezbyt odpowiadające mi zajęcia musiałem spełniać, zdając sobie sprawę z wymagających tego okoliczności i swojego położenia. Po jakimś czasie, może był to tydzień, a może trwało to nieco dłużej, kolejne rekonesanse okolicy, pozwoliły na znalezienie możliwego do zajęcia mało zrujnowanego domu, przy ładnej willowej ulicy w samym Brochowie. Nie pamiętam w jaki sposób i czym przewieziony został tam cały dobytek, ale pamiętam, że żadnych mebli w tym domu nie było, a znajdywało się je w innych z których były znoszone, by jakoś urządzić sobie mieszkanie. Dom ten stał w dosyć dużym, ale zaniedbanym ogrodzie. Nigdzie nie było jednak pomieszczenia, w którym można by ulokować krowę i kozę. Z konieczności umieszczone zostały w małym pokoju na parterze, który miał wejście z ogrodu i był prawie na jednakowym poziomie z nim. Nie było innego rozwiązania, a były to przecież żywicielki, o które trzeba było zadbać. Do moich obowiązków w dalszym ciągu należało pasienie rogacizny. Pastwiskiem były ugory, kilkaset metrów od domu, po drugiej stronie szosy. Ugory te musiały być niedawno polem walki, ponieważ były tam rowy strzeleckie, porozbijany sprzęt wojskowy, stał spalony czołg, były resztki zasieków z drutu kolczastego. Pasienie krowy w takim miejscu okazało się dla mnie nieszczęśliwe. Zdarzyło się, że w czasie pasienia się, przednia noga krowy wpadła do jakiegoś wykrotu, w którym na czymś dosyć mocno zraniła ją sobie. Była to dla mnie klęska, tym bardziej, że nie mogłem ocenić jak bardzo poważna jest rana. Zdawałem sobie sprawę, że na pewno podpadnę, bo nie upilnowałem tak cennego zwierzaka. i rzeczywiście, sporo mi się dostało wymówek, zwłaszcza od starej Lewińskiej i Doszlowej - że nawet krowy nie potrafiłem upilnować. Na szczęście po kilku dniach rana krowie zagoiła się, a ja musiałem wznowić pasienie, co teraz robiłem z wielką troskliwością i uwagą oraz z "duszą na ramieniu", oby znowu coś się nie stało bydlakowi.

Urządzanie się w nowym miejscu
Z Brochowa, gdzie znalazł się dla nas tymczasowy dom, rozpoczęły się poszukiwania właściwego dla każdego, miejsca do stałego zamieszkania, pracy i urządzenia się. W tym celu Doszla i jego zięć Bronek zaczęli odwiedzać okolicę szukając dla siebie i rodziny odpowiedniego miejsca. Doszla jako pracownik warsztatów kolejowych rozpoczął poszukiwania i ustalił, że w Świdnicy, około 60 kilometrów na południe od Wrocławia są duże warsztaty kolejowe. Wybrał się tam, a  wrócił do Brochowa z dobrą wiadomością. Załatwił sobie tam pracę w swoim zawodzie ślusarza. Dostał też w pobliżu warsztatów trzypokojowe mieszkanie i dokument upoważniający go do otrzymania na dworcu towarowym w Brochowie, wagonu kolejowego na przywiezienie swoich rzeczy do Świdnicy. W tym czasie Bronek rozpoczął poszukiwania w okolicy Wrocławia jakiegoś młyna nadającego się do uruchomienia. Jak wcześniej opisywałem, teściowie Stefy byli wspólnie z Józefem Lewińskim, stryjem Bronka, aresztowanym wraz z moim ojcem, właścicielami młyna w Mariampolu. Ponieważ swój młyn zostawili na Wschodzie, co było potwierdzone w karcie repatriacyjnej, mieli prawo do młyna na Zachodzie, ale trzeba było sobie taki obiekt samemu znaleźć. Ponieważ poszukiwania wiązały się z jeżdżeniem po okolicznych wsiach, a komunikacji nie było, Bronek dostał od swoich rodziców jakieś walory za które kupił od radzieckich wojskowych motocykl, którym objeżdżał okolice. Pewnego dnia nie wrócił do wieczora do domu, co wzbudziło niepokój w rodzinie, bo jak wiadomo tamte czasy nie były spokojne. Późnym wieczorem zjawił się Bronek w domu, ale trochę poturbowany i bez motocykla. Okazało się, że na autostradzie koło Wrocławia zatrzymali go jadący ciężarowym samochodem sowieccy żołnierze, pobili go, powiedzieli, że motocykl jest ich tylko został im skradziony. Oczywiście dalszej dyskusji nie było, motocykl załadowali na  samochód i odjechali, a swoją ofiarę zostawili na autostradzie. Z różnymi perypetiami Bronek dotarł do domu, uważając, na pewno słusznie, że i tak miał szczęście, bo uszedł sam prawie cało. W tym dniu wracał właśnie zadowolony do domu, ponieważ znalazł w Okulicach, około 25 kilometrów na południe od Wrocławia, koło Ślęzy młyn wraz z domem, nadający się do zagospodarowania. Tak się składało, że Okulice były mniej więcej w połowie drogi między Świdnicą, a Wrocławiem. W ten sposób obydwie rodziny znalazły swoje pierwsze stałe miejsca na nowych ziemiach nazywanych Odzyskanymi.
W czasie pobytu w Brochowie, korzystałem z każdej okazji zwiedzania okolicy, a szczególnie byłem ciekawy Wrocławia. Kilka razy w tym czasie udało mi się być tam z innymi ludźmi, ale raz byłem, co pamiętam z Doszlową. Wrocław robił okropne wrażenie, mnóstwo gruzów, zawalonych domów, poprzewracanych tramwajów, na ulicach walające się porozbijane meble i sprzęty domowe. Ale już wtedy na obecnym Placu Grunwaldzkim, za znanym, charakterystycznym mostem wiszącym, w miejscu gdzie w czasie oblężenia Wrocławia, po wyburzonych specjalnie w tym celu domach, Niemcy urządzili lotnisko - funkcjonowało targowisko. Handlowali tam z jednej strony Niemcy sprzedający głównie odzież obdartym repatriantom, którzy prawie przez sześć lat nie mieli możliwości zdobywania jej, z drugiej zaś ci właśnie przybysze uzyskiwali ją od wygłodniałych Niemców za przywiezione ze wschodu resztki zapasów żywności i otrzymywany czasami już wtedy prowiant z amerykańskich paczek znanej organizacji pomocy UNRRA. Trzeba wspomnieć, że od przedwiośnia 1945 r. toczyły się tu walki, pola były w znacznej części nie obsiane, a więc normalnych żniw nie było, tym bardziej, że z większych obszarów uprawionych pól, plony zbierało wojsko sowieckie na swoje potrzeby.
Na trasie pomiędzy Brochowem, a Wrocławiem, były różne zdewastowane częściowo fabryki i inne zakłady. W miarę wolnego czasu, a zwłaszcza wtedy, gdy udawało mi się nie paść krowy i kozy, urządzaliśmy z Cesią Doszlów, lub Stefą wyprawy do nich. Znajdywało się tam bardzo wiele pożytecznych rzeczy. Z fabryki wyrobów papierniczych przynieśliśmy mnóstwo typowych niebieskich kopert do listów, z których korzystało się przez wiele lat. W fabryce tej zaopatrzyłem się w papier do pisania, z myślą o przyszłej nauce. Z tego papieru zszywałem później zeszyty, z których przez długi czas korzystałem w Świdnicy. Był to przykład (nie chwaląc się), mojej zaradności i zapobiegliwości. Takich przykładów było zresztą ze strony wszystkich wiele. Na przykład Doszla w czasie pobytu w Brochowie, zdążył zrobić z różnych wyszukanych w tym celu rurek i baniaków, aparaturę do pędzenia bimbru, w czym mu i ja pomagałem, przy pomocy której, produkował bimber zamieniany na konserwy u  żołnierzy sowieckich.


http://stanislawow.net/wspomnienia/jedryk_dzieje.htm?pgid=8#page



Nasze historie - skąd jesteśmy?


Ze wsi Helenków, gminy Kozowa, powiatu Brzeżany, w województwie tarnopolskim mieszkańcy zdecydowali się na wyjazd chcąc uniknąć masowych mordów. Pozostawili liche domy, groby przodków i transport ruszył już w sierpniu 1945 w kierunku ziemi obiecanej - na Ziemie Zachodnie.
   
9 września 1944 roku został zawarty układ o wymianie ludności pomiędzy PKWN - USRR i BSRR, kolejny podpisano z Litewską SRR a w dniu 22 września. Według sowieckich władz bezpieczeństwa z 3 lutego 1945 na terenie Ukrainy w tym czasie zakwalifikowanych do transportu było około 800 000 Polaków.
W jednym z transportów znalazła się rodzina Jana Krzaczka. W drodze umiera dziadek i zostaje pochowany w czasie postoju w Strzelcach Opolskich. Transport dociera do Brochowa niem. Bracke, Brockau, Breslau Brockau (w tym czasie samodzielnego miasta) ważnego węzła kolejowego. W Brochowie zostają wyładowani ze skromnym dobytkiem i czekają na przydział i transport do odpowiedniej wsi. W tym czasie przebywa tam już około sześciu tysięcy przesiedleńców. Po jakimś czasie dostają przydział i jadą wozami, w kolumnie zaprzęgów konnych autostradą do Nowej Wsi Kąckiej. Zajmują tam gospodarstwa, w których jeszcze przez jakiś czas muszą żyć razem z niemieckimi mieszkańcami tej wsi (Neudorf b. Kanth). Niemcy też czekają na swoją kolejkę w transporcie na zachód. Przesiedlanie rodzin niemieckich z powiatu wrocławskiego rozpoczęło się w połowie lipca 1946 roku, transporty do roku 1947 odchodziły z Kątów Wrocławskich.

autor: Stanisław Cały

http://www.otowroclawpowiat.pl/news.php?id=79102


Brochów. Urok lokalnych opowieści, czyli o miejscu za torami

  
Joanna Dzikowska 02.12.2015  

"Jechali też ludzie ze wsi, bardzo dużo jechało z inwentarzem. Były krowy, kozy, inne zwierzęta. Też w wagonach. Ale nie w naszym - u nas tylko ubrania, pościel. Mam powiązała wszystko w tobołki. W końcu dowieźli nas do Brochowa. Wysadzili. I koniec! Róbcie sobie, co chcecie" - opowiada Sylwia, która przyjechała do Brochowa w 1945 roku.

Miejsce za torami

- Brochów to wciąż osiedle odcięte od reszty miasta, zastawione wiaduktem i uprzedzeniami. Mówi się, że jest biedny i niebezpieczny. To nieprawda. Mieszka tam wielu młodych ludzi, którzy kochają swoje osiedle. I chcą je zmieniać, promować. Akcja "Rzeka czasu. Stacja Brochów" miała udowodnić, że to piękne miejsce z ciekawą historią, którą warto poznać - mówi Sakowska.

Zanim zaczęło się udowadnianie uczestnicy warsztatów literackich spotkali się z mieszkańcami Brochowa, którzy przyjechali tutaj tuż po wojnie. Spisywali ich opowieści i zredagowali tak, żeby nadawały się do wystawienia w przestrzeni teatralnej, a w przyszłości do publikacji w książce.
Gotowe scenariusze podzielono na role. Jedne trafiły do profesjonalnych aktorów, którzy współpracują ze stowarzyszeniem, inne - do uczestników zajęć. Ćwiczyli sposób mówienia bohaterów, wymyślali melodie do podkładu muzycznego i śpiewali piosenki z epoki. W minioną sobotę na stacji kolejowej w Brochowie spotkali się z kilkudziesięcioma mieszkańcami i wędrując po osiedlu, opowiadali.

O tym, że Brochów był dawniej osobnym miasteczkiem. W 1896 roku zbudowano tu stację osobową i największą w Europie Środkowej stację rozrządowa, gdzie przeładowywano towary przemysłowe przywożone z Górnego Śląska. Kompleks kolejowy rozciągał się na około 9 km, od Tarnogaju aż po granicę miasta. Obok niej powstało osiedle kolejarskie, gdzie po wojnie zamieszkali pracownicy PKP.

Linia kolejowa w 1945 roku służyła radzieckim wojskom. Na tę stację przyjeżdżały również transporty Polaków przesiedlanych ze Wschodu. Nie mogli jechać dalej - tory do Dworca Głównego były zablokowane przez szczątki zdewastowanego wiaduktu. Dzisiaj są granicą Brochowa i Księża; dawniej także tereny po ich drugiej stronie należały do jednego miasteczka. To tam znajduje się m.in. brochowski cmentarz parafialny. I gdy ktoś umrze, to na Brochowie mówią, że "przeniósł się za tor".


Jak wyglądało i czym żyło powojenne duże miasto

Róbcie co chcecie

Na stacji uczestnicy akcji słuchali m.in. historii Sylwii Bedeker, z domu Gajderowicz, która w 1945 roku miała 12 lat. Przyjechała z Łucka razem z mamą, czterema siostrami i bratem. Jej tato umarł rok przed rozpoczęciem wojny, na gruźlicę.
"Wiedzieliśmy o tym, że będzie wyjazd. Wszystko było zaplanowane, nawet meble braliśmy ze sobą. Stolik jakiś, takie duże lustro, inne rzeczy. Dosyć dużo tego było, a przecież te nowe mieszkania - też umeblowane. Nasze trafiły później do mojej najstarszej siostry, w Krakowie.
Przed wyjazdem mama usmażyła do jedzenia smalec i skwarki, spakowała je do dużego dzbanka. Na podróż. Nie wiedzieliśmy, jak długo będziemy jechać.
Mój brat był kierownikiem transportu, pilnował porządku, udzielał się społecznie. Ludzie go słuchali. Nie było żadnych incydentów, chyba dlatego, że ludzie chcieli po prostu jechać - i dojechać.
Podróż trwała dwa tygodnie. Ciągle jakieś przystanki. Długo staliśmy w Katowicach. Do picia - gorąca woda.
Jechali też ludzie ze wsi, bardzo dużo z inwentarzem. Były krowy, kozy, inne zwierzęta. Też w wagonach. Ale nie w naszym - u nas tylko ubrania, pościel. Mama powiązała wszystko w tobołki.
W końcu dowieźli nas do Brochowa. Wysadzili. I koniec! Róbcie sobie, co chcecie."

Sylwia zamieszkała z mamą i rodzeństwem w budynku przy ul. Głównej. Przed wojną stały tam wysokie, czteropiętrowe kamienice z wieżyczkami i niższe, dwupiętrowe budynki wielorodzinne. Niewiele z nich przetrwało do dzisiaj.
"Mężczyźni poszli szukać wolnych mieszkań, a jak znaleźli - urzędnicy spisywali rodzinę w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym. Po kilka rodzin w jednym mieszkaniu. My zajęliśmy pokoje na górze, z osobną kuchnią.
Strach było wyjść, bo Ruscy napadali. Bieda straszna. Przez dwa lata mama chodziła po obiady do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego; tam za darmo dawali. Sklepy powstały dużo później. Nie było w ogóle mięsa, tylko od święta. Bieda była straszna (...). Robiła na przykład gołąbki z serem w środku. Dopiero później dowiedziałam się, że powinny być z mięsem.
Poszłam od razu do trzeciej klasy, a później - od następnego półrocza - do czwartej. Moja najstarsza siostra, która znała dobrze język francuski, tam uczyła; ale bardzo krótko. Nie była wykwalifikowaną nauczycielką. Pamiętam też, że harcerstwo było. W niedzielę chodziliśmy na mszę w mundurkach."

Taniec przypieczętował wojnę

Na ul. Chińskiej, na parkingu wyłożonym kostką Bauma kilka drzew i garaże. A kiedy w 1946 roku do Wrocławia przywieziono Panoramę Racławicką, to przez dwa lata przeleżała w magazynie kolejowym, w dawnym budynku teatru ludowego. Od połowy lat 50. - przez kolejne 20 lat - działało kino Sygnał, po którym nic już nie zostało.
Sylwia pamięta to kino.
"Lucjan Socha, kierownik klubu dziennikarza, zorganizował tam zabawę - żeby ludziom było po tej wojnie trochę lżej. Trzeba było tę zabawę jakoś upiększyć, program artystyczny przygotować. I my, trzy siostry, śpiewałyśmy na trzy głosy. Pan Socha znał się z moją najstarszą siostrą, zaprosił nas.
Na scenie były ruiny Warszawy - nie fotografia, tylko prawdziwe cegły poukładane i podświetlone. I na tle tej dekoracji wyszedł chłopak w mundurze, jak żołnierz, i śpiewał "Jak uśmiech dziewczyny kochanej, jak wiosny budzącej się wiew... Jak świergot jaskółek nad ranem - młodzieńcze uczucia nieznane". Śpiewał o Warszawie.
Pełna sala, ludzie płakali. Piękne przedstawienie, pierwsze po wojnie.
Kiedy skończył, my w sukieneczkach, w wianuszkach wyszłyśmy na scenę. I - "Chryzantemy złociste "
Później była oczywiście zabawa, orkiestra grała tanga i walce; bufet był - ludzie poprzynosili. Ale nikt się nie upił. Byłam jeszcze mała, ale mnie też ktoś poprosił do tańca, tak grzecznościowo. Mama moja też tam była, też tańczyła.

To było największe szczęście: wojna się skończyła. I ten taniec to przypieczętował".

http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,142076,19279493,brochow-urok-lokalnych-opowiesci-czyli-o-miejscu-za-torami.html?disableRedirects=true




Wojciech   Suliga
„ FATALNE SKUTKI   DELEGACJI".

Fragment rewii pióra jednego z pracowników  S.  K.  P.  wystawionej  przez Kółko Amatorskie w Brokowie 1945 r.
(Teresa, żona  ob. Ciupy, śpie
wa na  nutę :  ,Ach,  Ludwiko “ .)


Jednak każdy przyzna: ,,racja “ ,
Winna wszystko delegacja,
Milion
kobiet dzisiaj na nią klnie   -  
Zona z dziećmi w  
Częstochowie
Sto  kłopotów ma na  głowie  
-
Mąż w Wrocławiu kawalera rżnie  .  .

Wziął mieszkanie z dywanami,
Z fortepianem i lustrami
No i w  głowie przękręciło  się.
Stary łajdak taki brzydki,
Zapachniały mu kobitki,
Jeszcze on się kochać chce  .  .  .


Mieli rację, że  znieśli  delegację,
Jutro jadę przywieźć  nasze  dzieci,
Już mi teraz  ptaszku nie  odlecisz  
-
Ja z teściową,  weźmiemy się na nowo

Przejdziesz  znowu szkołę  swą  .  .  .
I będzie z ciebie mąż !

Trzy  niemeczki  gotowały,
Koło niego tak  skakały ,

Że chłop forsą rzucał się jak graf.
Stary piernik kręcił wąsa,
Po dywanach z  nimi  plą
s
I frykasy jeno ciągle żarł.


A  mnie przysłał kilo kaszy,
Z tej diabelnej  unry naszej,

No  i  pisze:  -   jakoś  sobie  radź  .  .  .
A ty  wstrętny parobasie,
Twoja  wolność  skończyła  się  
-
Teraz  ja  zaśpiewam tobie ta k :

Mieli rację, że znieśli delegację, ...

Woził szaber walizami,
Bimber płynął rynsztokami,
W delegacji trzeba bosko żyć.
Władze słały okólniki
Zabraniając pijatyki,
No, bo kolej trzeźwa musi być

Co tam żona, co tam dzieci,
Delegacja  niech nam św ieci,
Na  zachodzie trzeba  stworzyć  raj  .  .
Dzisiaj Zosia, jutro Mania,
A pojutrze  będzie  Frania .
Ach, ten zachód cudny  kraj
.

Mieli rację, że  znieśli  delegację,
....

Aż tu wreszcie piorun trzasnął,
W tę idyllę waszą jasną  
-
Delegacja już skończyła się
Koniec waszej hulatyki,
Skończył się wasz  taniec dziki,
Teraz  żonka krótko weźmie cię  .  .


W ślicznym domku osiądziemy
I  jak ptaszki żyć  będziemy  .  .  .
Na  zachodzie Polska  musi  być  
-
Wtedy powiesz:  
-  miałaś rację,
Pal to
diabli delegację, -
Nie ma to jak z żonką  żyć !  .  .  .

Mieli rację, że znieśli delegację, ....

Tekst pochodzi z książki PKP na Dolnym Śląsku str. 95-96  

GDY   CHŁOPCA   SPOTKASZ

(piosenka  śpiewana  przez  oddziały  Straży   Kolejowej)

Słowa i muzyka Lucjana  Sochy, pracownika S .K   P .



Choć  komendant ci dokucza,
Choć ci forsy stale brak ,
Najszczęśliwsza brać   strażnicza
I  z humorem za  
pan brat.

Gdy chłopca spotykasz,
W mundurze strażnika ,
To wiedz, że idzie chłopak  chwat
Munduru nie splami
I dzielne ma ramię  
I będziesz z niego
człeku rad .

Każdą  
ciemną  głuchą nocą,
Gdy ty bracie „
pietra" masz,
Nasze warty dzielnie kroczą,
Czuwa wtedy nasza  straż.


Gdy chłopca spotykasz,
W mundurze strażnika ,
To wiedz, że idzie chłopak  chwat
Munduru nie splami
I dzielne ma ramię  
I będziesz z niego człeku rad .


Na  kola
nach mamy łaty,
W butach dziury  każdy ma  .  .  .
Lecz duch siedzi w nas rogaty  
Naszą  dzielność każdy zna
-

Gdy chłopca spotykasz,
W mundurze strażnika ,
To wiedz, że idzie chłopak  chwat
Munduru nie splami
I dzielne ma ramię  
I będziesz z niego człeku rad .


Każda panna  o tym marzy
I nocami i  we dnie,
Aby chłopca mieć ze stra ż y ,
Aby jego serce mieć  .  .  .


Gdy chłopca spotykasz,
W mundurze strażnika ,
To wiedz, że idzie chłopak  chwat
Munduru nie splami
I dzielne ma ramię  
I będziesz z niego człeku rad .


Jeśli srog i los  cię trapi,
W sercu twoim słońca
bra k  -   
To się do nas bracie zapisz,
Z nami śpiew
ać  będziesz  tak:

Gdy chłopca spotykasz,
W mundurze strażnika ,
To wiedz, że idzie chłopak  chwat
Munduru nie splami
I dzielne ma ramię  
I będziesz z niego człeku rad .


Tekst pochodzi z książki PKP na Dolnym Śląsku str. 96

Praca  Oddziału  Ruchowo - Handlowego  w   Brzegu


Za datę objęcia pracy w Oddziale Ruchowo- Handlowym w Brzegu uważamy dzień 1 lipca 1945  r.,  t. j.  dzień gdy mała grupka pracowników kolejowych zdążała pieszo w  skwarze  lipcowego słońca do z góry wyznaczonego punktu, aby  tam wśród trudu i znoju  przystąpić  do umiłowanej pracy  kolejarza  polskiego.
Po przybyciu do Brzegu jako siedziby mającego się zorganizować Oddziału zastaliśmy miasto prawie puste.  Budynek stacyjny co prawda nie zniszczony, to jednak był   zdewastowany
i zaśmiecony, że czasem był milszy widok budynku rozbitego, niż zupełnie ogołoconego. Ten sam obraz przedstawiały tory oraz urządzenia zabezpieczające ruch pociągów. Niezrażeni  tym, własnym i rękami, sprzątamy jedną ubikację, ściągamy stół kilka krzeseł i trochę  makulatury i już Oddział przystąpił  do swych czynności. Nowoprzybywających pracowników kieruje się na upatrzone  stanowiska, aby ratować co jeszcze nie zostało zniszczone. Każdy sam sobie wyznacza pracę według swych zdolności.
Tak  zorganizowany Oddział już działa, posługując  się starymi  rozkładami jazdy, wysyła się pracowników w teren pieszo i bez chleba, dla zbadania sąsiednich szlaków i odcinków, gdyż wówczas  innych środków lokomocji nie było. W  ten w łaśnie sposób większość personelu zdążała do wyznaczonych miejsc pracy, nieraz po kilk adziesiąt  kilometrów,  gdzie  niektóre z nich przedstawiały również obraz kompletnego zniszczenia i zderwastowania.
Dzie
ń 9 lipca utkwił  nam szczególnie w pamięci, bo tego dnia  mamy pierwszy i więcej niż skromny obiad we własnej  stołówce. Poprawiają się warunki pracy, pracownicy już mają dach nad głową i pracują  z większym wysiłkiem.
Aż nowy rozkaz  w  dniu 23 lipca przenosi Oddział do Brokowa, gdzie na biuro i lokal dla pracowników otrzymano aż jeden pokój. Jak w tych warunkach można było pracować  to obecnie już nie wydaje się wiarogodnym. Nocą stoły biurowe zamienia się na łóżka,  aby z pierwszym brzaskiem słońca zamienić znowu ,,sypialnie“ na biuro .
Chęć i wytrawałość do
pracy czerpaliśmy z przykładu swego zwierzchnika,  który do pracy nas nie ponaglał, ale swą pracą i dzieleniem z nami wspólnej doli wskazywał nam drogę, do usprawnienia aparatu kolejowego. I tak zazwyczaj się składa, że okres najwięcej wytężonej pracy przypada  na  najgorsze warunki bytowania, brak druków, brak wszelkich materiałów  i światła, nie wspominając, o mieszkaniach i wyżywieniu. Ale okres  ten jest już za nami i dziś możemy mówić o nim spokojnie.
Tu  zaczyna się największy wysiłek,
okres przejęcia węzła Broków i linii  Broków - Opole od kolejarzy radzieckich. Ten  okres  trzymania bez przerwy ręki na pulsie, to kres    trwogi, to ciągła obawra czy młody kolejarz  wytrzyma, czy nie zawiedzie  pokładanych w nim nadziei, czy nie załamie się psychicznie w tak ciężkich i odpowiedzialnych warunkach.

Cała uwaga była wytężona na zabezpieczenie ruchu  pociągów.

Te słowa  zrozumie tylko pracownik kolejarz, jaka w nich zawarta jest treść. 0 zabezpieczeniu ruchu pociągów mówiły tomy podręczników i instrukcji służbowych. Nad  zabezpieczeniem pracowały  dwa  wydziały  fachowe,  a był i jest jeszcze dziś niestety  stan  taki,  że całym zabezpieczeniem ruchu  pociągów  było tylko sumienie pracownika i w oparciu o to sumienie ruszył ruch, przeszedł  pierwszą  próbę  ognia. I tu kolejarz polski nie zawiódł pokładanych w nim nadziei przy  złym odżywianiu i zniszczonym  cywilnym ubraniu, bez sygnałów świetlnych, przy odpoczynku w lokalu bez drzwi i okien, zdał swój egzamin.
Przy opanowywaniu naszych placówek nie
zastaliśmy tu ani jednego pracownika z czasów poprzednich,  nie  zastaliśmy żadnych planów ani szkiców.

Wszyscy i wszystko  było nowe.

Pierwszy spis wagonów w dniu 10 sierpnia 1945 r.  to nie spis  wagonów, to pieszy wyścig pracowników Oddziału na linie nieczynne i nie obsadzone, aby  i   tam spisać poszczególne  wagony i materiał spisowy dostarczyć w terminie. Praca Oddziału trwa dopiero siódmy miesiąc, ale wysiłki pracowników zdały już egzamin przy wykonywaniu masowych przewozów wojskowych, repatriacyjnych i  zaopatrzeniowych.
Z chwilą przystąpienia d
o organizacji Oddziału było  zaledwie czynnych kilka stacji i  te były obsadzone personelem niemieckim. Dziś Oddział ma już obsadzonych   wyłącznie personelem polskim  36  stacji  i  spokojnie  może  patrzeć  w  przyszłość.

Warchałowski Bolesław
Naczelnik Oddziału
Ruchowo - Handlowego

Teks w całości pochodzi z ksiązki PKP na Dolnym Śląsku, Wrocław 1946, str. 23-24.

Polskie początki stacji Brochów
Lata 1945 - 1947

Brochów Rosjanie zajęli jako jedno z pierwszych przedmieść Wrocławia. Nie bez znaczenia miało jego wschodnie położenie i jedna z największych stacji towarowych na Ziemiach Zachodnich i jej możliwość połączenia z wciąż przesuwającym się tak frontem, jak i pierścieniem wokół Wrocławia. Rosjanie do Brochowa wkroczyli w lutym 1945 roku. Oficjalny komunikat o zdobyciu Brockau radzieckie biuro informacyjne ogłosiło w dniu 19 lutego 1945 roku. Żołnierze polegli w walkach o Brochów zostali pierwotnie pochowani na cmentarzu przy dawnej ulicy Parkowej (obecnie plac Indyjski) . Pięć lat później zwłoki żołnierzy radzieckich ekshumowano i pochowano we wspólnej mogile z towarzyszami broni na cmentarzu na Skowroniej Górze. Na miejscu poprzedniego cmentarza został postawiony obelisk z zatartym obecnie napisem : "Wieczna pamięć żołnierzom Armii Radzieckiej, poległym w bojach o wyzwolenie miasta Wrocławia od niemieckich faszystów w 1945 r". Przez lata obeliskiem opiekowały się harcerze z brochowskiej podstawówki nr 80.  Pierwsze dni polskiego, kolejowego Brochowa to intensywna odbudowa linii kolejowych pod kątem zadań militarnych. Uruchomiono wtedy kilka odcinków na wschód od Wrocławia, wśród nich: Opole - Laskowice - Brochów ( z jednym szerokim torem), oraz dwutorową linię Brochów - Legnica. Nie my wtedy decydowaliśmy o tym co i jak robić bowiem cała sieć kolejowa znajdowała się pod zarządem radzieckich władz wojskowych, a na stacji Brochów "gościli" radzieccy kolejarze. Pierwszymi polskimi kolejarzami, którzy przyjechali do Brochowa byli kolejarze z Kluczborka. Był to maj 1945 roku. W Kluczborku bowiem tworzono wrocławska dyrekcję kolei i stamtąd właśnie kierowano pracowników do Brochowa. Jednym z pierwszych, którzy przetarli tę "ścieżkę" zawodowej kariery był pierwszy polski naczelnik parowozowni na Brochowie - Wincenty Śliwa.
Z każdym dniem, z każdym tygodniem przybywało polskich kolejarzy i pracowników na Brochowie.  Byli delegowani z  dyrekcji w Poznaniu, Lublinie i Krakowie. Brochów po działaniach wojennych przypominał obraz nędzy i rozpaczy.  Infrastruktura kolejowa w dużym stopniu zniszczona i uszkodzona. Zwrotnice prowizorycznie pozamykane były na kłódki. Nie było narzędzi i sprzętu. Większość prac wykonywano ręcznie.
Powstał Związek Zawodowych Kolejarzy Brochów który przygotowywał się do oficjalnego przejęcia węzła Brochów i przejęcia linii Brochów - Opole od kolejarzy radzieckich. Nastąpiło to dokładnie w dniu 20 sierpnia 1946 roku. Mimo tego na stacji wciąż dowodził radziecki komendant odpowiedzialny za kierowanie transportami wojskowymi, które przewożono na szerokich torach. Ostatni, oficjalny pociąg odjechał do ZSRR jesienią 1946 roku.  Gdy tylko zniknęły za zakrętem jego bufory, na stacji Brochów zniknęły też szerokie tory. W ich miejsce przywrócono normalne europejskie wymiary.  Należy pamiętać, że był to czas olbrzymich niepokojów. Czas szabrowników, uciekinierów, przesiedleńców, "maruderów" , dezerterów i ukrywających się Niemców. Kluczową rolę na brochowskiej stacji pełniła wtedy Straż Kolei Państwowych - dzisiejszy SOK. Była często w akcji. jej pierwszym szefem został Lucjan Socha. Postać o tyle znana, że właśnie on był inicjatorem wrocławskiego powojennego Święta Kwiatów. Lata 1945 - 1947 to jak wspomniałem czas niepokojów lat powojennych. Niewielu wie, że właśnie wtedy na Brochowie zginęło wielu polskich kolejarzy. Ich pamięci poświęcono tablicę pamiątkową jaka odsłoniętą w 1967 roku pod którą w Dniu Kolejarza składane są kwiaty zaś kiedyś pełniono warty honorowe. Brochów to ważny etap powojennej historii Wrocławia. Tu powstał w lipcu 1945 roku punkt etapowy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. To czas pierwszych składów z przesiedleńcami z innych rejonów Polski i ZSRR. Każda z rodzin zatrzymujących się na Brochowie w wagonach towarowych posiadała swoją kartę ewakuacyjną, zaś kierownik pociągu pełną listę "pasażerów". Ta lista była na Brochowie przepustką do zaopatrzenia składu pociągu z przesiedleńcami w prowiant i pieniądze na "nowej drodze życia". Brochowski punkt PUR mieścił sie przy ulicy Wrocławskiej (22 Lipca). W jego skład wchodziły: magazyny, ambulatorium oraz izba chorych. Kierownikiem Brochowskiego PUR-u był Szczepan Michalski. Był odpowiedzialny za zaopatrzenie emigrantów oraz pomoc w osiedleniu się na terenie powiatu Wrocławskiego. W skład zestawów żywnościowych przydzielanych na brochowskiej stacji przesiedleńcom wchodziły: chleb, kasza, kasza manna, mleko i cukier. Większość żywności pochodziła z darów UNRRA. Na bieżąco była dla wszystkich kawa i zupa. Całe torowiska oblegane były przez przesiedleńców opuszczających swoje wagony. Pierwsze schronienie na stacji i torowisku montowano z rozmontowanych węglarek jakie zalegały na węźle brochowskim, a które służyły Niemcom za platformy transportowe dla czołgów. Między takimi "domami" rozpalano ogniska, gotowano posiłki i czekano na przydział i kolejne dyspozycje. Na brochowskiej stacji powstał jeden wielki obóz z kilkuset ogniskami. Część osób przebywających w tych półdzikich obozach przeniesiono do budynków na terenie Brochowa które wcześniej zajmowali dawni jeńcy i przymusowi robotnicy radzieccy wracający z Rzeszy do Ojczyzny. By rozładować napięcie towarzyszące takim sytuacjom cześć osób jak najszybciej odesłano do miejsc przeznaczenia specjalnymi pociągami. Część z repatriantów - przesiedleńców na stałe została na Brochowie a ich pierwszym lokum były budynki przy ulicy Leonarda da Vinci.
Tak wyglądały pierwsze powojenne miesiące  podwrocławskiej stacji Brochów.

Na podstawie wspomnień zapisanych przez młodzież zrzeszoną w klubie PTTK SP nr 80 na Brochowie w latach 70 tych XX wieku - opublikowane w "Poznaj Swój Kraj"  4/1980 -
http://dolny-slask.org.pl/

 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego